wejdź na www.metanoja.pl

Posts tagged ‘związek’

Dojrzałość do małżeństwa

Dojrzałość do małżeństwa ZOBACZ VIDEO>>> 

Reklamy

Pułapki czyhające na małżonków chcących zmieniać związek

Pułapki czyhające na małżonków chcących zmieniać związek

Porady małżeńskie w starym stylu i z przymrużeniem oka

Porady małżeńskie w starym stylu i z przymrużeniem oka

Istota kłótni

>>> Kłótliwy poradnik partnerski <<<

 

Najprościej rzecz ujmując, kłótnia to ostra wymiana zdań między stronami, z których każda uważa, że ma rację i jest mądrzejsza. A zatem kłótnia jest w istocie formą walki o władzę. O tę cząstkową, w konkretnym przypadku, lub o władzę absolutną, we wszystkich sytuacjach.

Doskonałym poligonem, na którym objawiają się strategiczne zdolności walczących stron, jest małżeństwo lub po prostu życie w związku, niekoniecznie sformalizowanym. Nie istnieje para, która się nie kłóci, bo kłótnia jest integralną częścią związku. Miłość na awersie, kłótnia na rewersie – to po prostu druga strona medalu. Związek bez kłótni smakuje jak ryba bez soli czy wódka bez popitki. Wprawdzie można się obejść, ale wyraźnie czegoś brak. Nawet ci najlepiej dobrani i szaleńczo zakochani muszą od czasu do czasu się pokłócić, żeby nie umrzeć z nudów. A poza tym nie można pozbawiać się uroków godzenia. To cudowne i niezapomniane chwile, kiedy można sobie wybaczać, utulać wzajemnie nadszarpnięte ego i… zapomnieć o antykoncepcji. Podejrzewam, że gdyby nie kłótnie i następujące po nich słodkie momenty pojednania, to sytuacja demograficzna byłaby jeszcze gorsza, niż jest.

  Wspomniałam, że nie ma związku bez kłótni, chociaż, prawdę mówiąc, znałam kiedyś taką parę. Właściwie nie wiem, dlaczego się w ogóle pobrali. Pewnie dlatego, że mieszkali na jednym piętrze w akademiku, często się spotykali na korytarzu, czasami ona coś mu ugotowała, innym razem on zreperował jej rower i w końcu po cichutku wzięli ślub, ku zdziwieniu wszystkich. Nie emanowało z nich wielkie uczucie, o namiętności nie wspomnę, choć przecież coś ich musiało łączyć, poza zupą i rowerem. Długo razem nie przetrwali. Ten związek rozpadł się po roku, tak samo cicho i bez emocji, jak się zawiązał. Nie było w nim emocji, nie było w nim niczego. Nawet się nie kłócili. A jeśli ludzie nawet się nie kłócą, to znaczy, że nic ich nie łączy. Emocje albo umarły, albo nigdy ich nie było. Ten przykład potwierdza moją tezę, że nie ma dobrego związku bez kłótni.

  Znawcy tematu, którzy usiłują klasyfikować kłótnie, wyróżniają ich następujące rodzaje:

  • oczyszczające, które działają jak wentyl bezpieczeństwa

  • zaczepne, które niczego nie załatwiają i są jedynie po to, żeby zagrać komuś na nerwach,

  • obronne, zgodnie z zasadą, że najlepszą obroną jest atak,

  • niszczące i druzgocące, które kończą wszystko,

  • bezsensowne, które są po prostu formą spędzania czasu we dwoje.

  W Bardzo Kulturalnych Domach nie ma kłótni, są tylko dyskusje. W tym wypadku słowo „dyskusja” należy potraktować jak eufemizm, bo nie podnosząc głosu i nie używając „łaciny”, można dopiec do żywego. Cóż z tego, że w białych rękawiczkach, skoro wypowiadane słowa ranią jak sztylety i wywołują ukryte pragnienie mordu? Szczerze mówiąc, ja wolę rzucić mięsem lub talerzem, zakończyć sprawę szybko i jasno, dając natychmiastowy upust złym emocjom. Według mnie tak jest zdrowiej, ale wszystko zależy od tego, kto się kłóci, na jaki temat i w jakich okolicznościach. Nie ma jedynego słusznego modelu, i całe szczęście.

  Przypominam sobie pewną historię, którą opowiadała mi babcia – osoba zacna i bardzo dobrze wychowana. Głównym bohaterem był jej wuj, który dziś miałby jakieś 150 lat, a może i więcej. Otóż ten wuj całkowicie zawładnął swoją żoną, co w tamtych czasach nie było niczym nadzwyczajnym. Nie wszczynał kłótni, ponieważ nie musiał – żona posłusznie wykonywała wszystkie jego polecenia, ale do czasu. W końcu poszło o ukochanego konia małżonki. Wuj – jak to miał w zwyczaju – sam zdecydował, że konia należy sprzedać. Niby przeprowadził z żoną rozmowę, ale tak naprawdę jedynie zakomunikował jej swoją decyzję. Wujenka nie podniosła głosu, nie wszczęła awantury, ale uzbroiwszy się w ulubioną laskę wuja, zakończoną srebrną końską główką, poszła do gabinetu męża i metodycznie, bez słowa wytłukła tą laską jego kolekcję kryształowych pucharów. Co do jednej sztuki, a było ich ponad 100. Wuj oniemiał, kiedy to zobaczył. Koń został, a wuj dużo ostrożniej podejmował decyzje. Cóż, kłótni jako takiej nie było. Przecież w dobrych domach nie wypadało się kłócić. To byłoby zbyt trywialne. Chociaż kto wie, czy nie lepsza byłaby awantura. Może wtedy miałabym w domu jakieś kryształowe cenne cacko, a tak została tylko pouczająca rodzinna anegdota.

  Przywołując tę opowiastkę, bynajmniej nie miałam zamiaru sugerować, że tzw. dyskusje, bez ostrych starć, są zamierzchłą obyczajową przeszłością. Dziś też się zdarzają i mam nadzieję, że z lepszym skutkiem. Smutno byłoby sądzić, że tak dalece zapomniano o dobrych manierach, iż pozostało jedynie słowne obrzucanie się błotem, na przemian z rękoczynami. W ten sposób dochodzę do bardzo ważnej sprawy, czyli do stylu kłótni. Dokładniej będę o tym mówić w dalszych rozdziałach, niemniej już teraz zwracam na to uwagę. W gruncie rzeczy chodzi o to, że we wszystkim można mieć klasę. O dziwo, w kłótni też. Zdaję sobie sprawę, że wyrażenie „kłótnia z klasą” może brzmieć nieco dziwacznie, bo domowe pielesze to nie sportowa arena, na której można sobie zasłużyć na nagrodę fair play. Warto jednak pamiętać o tym, że w przypływie emocji nie można bezkarnie przekraczać wszelkich granic, co się kłócącym, niestety, nader często zdarza.

  Właśnie w bezmyślnej, zaślepiającej złości można bliską osobę zgnieść, upodlić, wdeptać w ziemię, używając jedynie słów i dotykając nimi bez opamiętania najczulszych miejsc. To jest właśnie zachowanie kompletnie bez klasy, bez umiaru i zupełnie bez sensu. Obawiam się, że w tym momencie niejeden mężczyzna powie, że właśnie baby są takie kłótliwe. Zachowują się histerycznie, jazgoczą, czepiają się i jeśli już na dobre się rozkręcą, to trudno je wybić z rytmu. Oni mają inny styl, a przynajmniej tak im się wydaje. Zamiast „pyskówki” wolą dyskusję lub debatę (to w sejmie), a jeśli zabraknie im siły argumentu, korzystają z argumentu siły, dają w mordę i po sprawie.

Wynikałoby z tego, że kłótnia ma płeć. Poniekąd rzeczywiście tak jest. Samo słowo jest rodzaju żeńskiego, choć wielce krzywdzące byłoby stwierdzenie, że tylko kobiety wywołują kłótnie i w ten sposób walczą o przywództwo w stadzie. Dla mnie nie ulega wątpliwości, że z zapałem kłócą się obie płcie, choć każda ma swoje sposoby i metody. Poza tym do kłótni potrzebne są (przynajmniej) dwie osoby. Jeśli jedna się awanturuje, a druga programowo milczy, to wprawdzie nie jest to typowa kłótnia, tylko wściekły monolog, ale sytuacja staje się irytująca i jest prawdziwym powodem do kolejnej awantury lub monologu „do ściany”.

  Prowadząc rozważania na temat istoty kłótni, warto się zastanowić, skąd w partnerach tyle ochoty do awanturowania się, skoro się kochają i są ze sobą z dobrej woli. Właściwie to proste. W końcu małżeństwo jest związkiem dwojga obcych ludzi, którzy wprawdzie wiążą się dobrowolnie i najczęściej kieruje nimi uczucie (znacznie rzadziej konieczność), jednak to zupełnie coś innego niż randki czy wspólne wakacje. W gruncie rzeczy to tygiel, w którym ścierają się uczucia, emocje, przyzwyczajenia, wyobrażenia, oczekiwania, rozczarowania, nadzieje i ich brak. Nikt inny, tylko sami partnerzy stawiają ukochaną osobę na piedestale i w oślepiającym zakochaniu są w stanie się do niej modlić, by z czasem pomalutku ją z tego piedestału zsuwać, a w skrajnych przypadkach – zrzucić jednym zdecydowanym ruchem; i koniec, już nie ma związku. Tak to jest z tą miłością. Niestety, nie jest stabilna i właściwie trudno oczekiwać, żeby była. W zasadzie każdy dzień zastawia na zakochanych pułapki, poddając ich próbie wytrzymałości. Najpierw są w szale radości bycia ze sobą, potem zaczynają się „docierać”, najpierw nieśmiało, z czasem coraz bardziej demonstracyjnie, by w końcu popaść w codzienność, niewolną od problemów, problemików, konfliktów i… kazań, przemówień, kłótni.

  Co ciekawe, większości par wydaje się, że ich konflikty i sposoby, w jakie je rozwiązują, są jedyne w swoim rodzaju. Tymczasem okazuje się, że wszyscy kłócimy się o to samo i prawie zawsze tak samo. Są oczywiście różnice, niuanse technik wyrażania emocji. Jednak w najmniejszym stopniu nie zmienia to faktu, że sytuacje, które doprowadzają do kłótni, są bardzo podobne, jeśli nie identyczne.

poradnik małżeński

poradnik małżeński

>>> Kłótliwy poradnik partnerski <<<

Napisany lekko i ciekawie poradnik udowadnia, że mimo iż kłótnia ma wiele odcieni, to wszyscy tak naprawdę spieramy się o to samo i prawie zawsze tak samo. Autorka w zabawny, czasem prześmiewczy sposób opisuje różne tematy kłótni: wychowanie dzieci, wyjazd na wakacje, pieniądze, seks, zazdrość czy relacje z teściami. Każdy rodzaj sporu ilustrują humorystyczne rysunki. W przykładowych dialogach i scenkach opatrzonych trafnymi komentarzami możesz ujrzeć siebie lub swoich znajomych w krzywym zwierciadle.

Kłótnia jest sztuką i ma swoje zasady. Ich znajomość przyda się na pewno parom, które dopiero zaczynają wspólne życie – pomoże przewidzieć niektóre komplikacje, a może nawet im zapobiec. Osoby pozostające w związkach z dłuższym stażem będą mogły spojrzeć na swoje problemy z dystansu i zobaczyć, jak czasem drobne nieporozumienia urastają do rangi awantur. Umieszczona na końcu lista dziesięciu najważniejszych zasad pokaże, jak mądrze się spierać.

Ewa Żeromska – seksuolog, pedagog, doradca rodzinny. Zajmuje się edukacją seksualną młodzieży i terapią seksuologiczną. Współpracuje też jako ekspert m.in. z Polskim Radiem, Rozmowami w toku i „Poradnikiem Domowym”. Udziela także porad na eksperckim forum serwisu Gazeta.pl. Autorka specjalistycznych publikacji dotyczących życia intymnego oraz współautorka książek Kobietą być… i Mężczyzną być…

Poligamia i monogamia

Wszystkie mity znajdziesz w publikacji Zbigniewa Wojtasińskiego “101 mitów o seksie”>>>

Mity o zdradzie i o tym, kto manipuluje seksem

   Mit 1. Ludzie są z natury poligamiczni

  „Małżeństwo jest jak monopol. Zabija konkurencję. Kto rozsądny zdecydowałby się z własnej woli robić zakupy w jednym tylko sklepie” – twierdzi David Friedman, autor książki „Ukryty ład. Ekonomia życia codziennego”. Faktycznie, jedynie 3 proc. ssaków łączy się w pary, by wychować potomstwo. U ludzi jest podobnie. Miłość wbrew pozorom niewiele zmieniła się od czasów epoki kamiennej i niewiele się też różni od zachowań innych ssaków. A monogamia, jak często się słyszy, to jedynie wytwór współczesnej cywilizacji.

   Mężczyzna biologicznie nie jest zaprogramowany na monogamię. I to samo można powiedzieć o kobiecie, która chce znaleźć zarówno jak najlepszego reproduktora, jak też odpowiedniego opiekuna zapewniającego bezpieczeństwo i wychowanie dzieci. Nie zawsze musi to być jedna i ta sama osoba. Tak jest w różnych regionach i kulturach. Poliginia jest dopuszczalna w 84 proc. społeczeństw. Wprawdzie tylko co dziesiąty mężczyzna ma jednocześnie dwie lub trzy żony. Inni są nastawieni na zdrady. A jeśli są tacy, którzy nie zdradzają, to uprawiają oni z kolei tzw. seryjną monogamię – co jakiś czas zrywają z partnerką i tworzą nowy związek.

   Biolodzy twierdzą, że jest to pokłosie życia plemiennego. W społeczeństwach myśliwych miłość zwykle wygasała, gdy malcy byli odstawiani od piersi, a rodzice nie musieli już tak troskliwie się nimi zajmować. Do rozwodów dochodzi głównie w bogatszych społeczeństwach, gdy ludzie mają środki na rozwody i bez większych kłopotów mogą prowadzić samodzielne życie. Silną pokusą jest przygodny seks, który może się przerodzić w dłuższy związek. Później znowu romans lub kolejny związek i tak dalej.

   Niektórzy badacze twierdzą, że nie ma poligamii, bo sporadyczna i ukradkowa zdrada wcale nie podważa istnienia monogamii (jednożeństwa). „Wierność nie jest wcale sprawą kluczową” – piszą w książce „The Evolution of Monogamy” James Wittenberger, zoolog z University of Washington w Seattle, oraz Ronald Tilson z University of California. Również socjobiolodzy mówią o „monogamii ze skłonnością do zdrady”. Antropolodzy twierdzą, że w grupach zbieracko-łowieckich tylko 15 proc. mężczyzn posiadało więcej niż jedną żonę. Jednożeństwo było też normą w starożytnych cywilizacjach Bliskiego Wschodu. Jedynie bogaty mężczyzna miał więcej żon, ale w całej ówczesnej społeczności monogamia była zasadą, a nie wyjątkiem.

   W Starym Testamencie nawet porzucenie kobiety z powodu bezpłodności było uznawane za niewłaściwe, choć było dopuszczane już w starożytnym Egipcie. Kodeks Hammurabiego w takiej sytuacji przyzwalał na posiadanie jednej konkubiny, która nie miała praw równych żonie, a jeśli i ona była niepłodna, można było mieć więcej niż jedną konkubinę. Abraham początkowo miał tylko jedną żonę, dopiero z powodu jej niepłodności poślubił niewolnicę Hagar. Inni patriarchowie, tacy jak Nahor i Elifaz mieli jedną żonę i jedną konkubinę. Jakub poślubił dwie siostry Leę i Rachelę, z kolei Ezaw miał trzy żony.

   W starożytnych Atenach prostytutki ani nawet hetery i tzw. córy Koryntu (kurtyzany o wysokiej pozycji społecznej będące też konkubinami) nie miały praw obywatelskich. Ich potomstwo nie mogło uzyskać praw obywatelskich, nawet, gdy ojciec był obywatelem i chciał je oficjalnie uznać. Monogamia i instytucja rodziny zaczęły upadać w starożytnym Rzymie, ale w 18-17 r. p.n.e. Juliusz Cezar wprowadził drakońskie prawo broniące małżeństwa Lex Julia de maritandis ordinibus (Prawo Juliusza o stanie małżeńskim) oraz Lex Julia de adulteriis et de pudicitia (Prawo Juliusza o cudzołóstwie i wstydliwości). Na ich podstawie osoby, które dopuściły się zdrady małżeńskiej, mogły zostać zesłane na dwie wyspy na Morzu Śródziemnym. Prawo to złagodzono w 9 r. n.e. Wraz z nastaniem chrześcijaństwa wprowadzono sakrament małżeństwa, który miał cementować jednożeństwo. Ale czy to znaczy, że prawem, religią i obyczajami jedynie wymuszono monogamię, by ograniczyć poligamię i rozwiązłość?

   Nieżyjący już prof. Kazimierz Imieliński, seksuolog, uważał, że popęd seksualny człowieka nie jest ani monogamiczny, ani poligamiczny. Jest raczej naprzemiennie i jednym, i drugim. Każdy z nas jest zatem polimonogamistą, z przewagą jednego lub drugiego, choć niektórzy mogą być przez całe życie mono- lub poligamistami. To, co przeważa u poszczególnych osób, zależy od ich sytuacji życiowej, np. od tego, jakie mają możliwości zaspokajania w związku potrzeb seksualnych.

   „Gdy kochamy, nasze myśli i uczucia ukierunkowane są na ukochaną osobę – wtedy przejawiamy tendencję monogamiczną. Kiedy uczucie miłości słabnie, przybierają na sile tendencje poligamiczne. Pojawia się skłonność do erotyczne go zainteresowania się nowym partnerem. Bywa ona zwykle hamowana poczuciem obowiązku, żywionym wobec partnera uczuciem przyjaźni i lojalnością, chęcią oszczędzenia mu zmartwień, posiadaniem wspólnych dzieci itp. Dochowanie wierności w tym okresie nie jest już automatyczne, lecz następuje na drodze świadomego wysiłku, samoopanowania” – pisze Renata Kaczyńska-Maciejowska, psycholog społeczny i pedagog na łamach „Style i Charaktery” (2/2008).

   Przekonują o tym badania, jakie przeprowadził prof. Gian Gonzaga, psycholog University of California w Los Angeles. Uczestniczyło w nich 60 par studentów, którzy byli ze sobą co najmniej trzy lata. Podzielono je na trzy grupy. Każdej pokazano te same zdjęcia bardzo atrakcyjnych osób płci przeciwnej. Później wszyscy mieli opisać to, co im zadano, ale w tym czasie nie wolno im było myśleć o osobach prezentowanych na zdjęciach. Gdyby jednak tak się stało, musieli to odnotować. W jednej grupie były pary, które miały opisać te chwile, kiedy czuli się najbardziej zakochani. Druga miała opisać najbardziej udany w ich związku seks, a trzecia odnotowywała jedynie to, co przyszło im do głowy.

   Co z tego wynikło? Osoby, które miały skupić się na uczuciach, trzy razy rzadziej myślały o prezentowanych na zdjęciach postaciach niż te, które skupiały się na miłosnych igraszkach. Najgorzej wypadli ci, którzy nie myśleli o uczuciu w związku ani o najbardziej namiętnym seksie z partnerem. Te osoby nie mogły się opędzić od myśli o ponętnych osobach na zdjęciach. Przychodziły im one do głowy sześć razy częściej niż tym parom, które skupiały się na swych uczuciach. Jaki z tego wniosek? „Ludzie zakochani nie interesują się innymi osobami” – twierdzi prof. Gian Gonzaga. Jego zdaniem, recepta na pozostanie wiernym partnerowi jest prosta: wystarczy naprawdę go kochać. Osoby mocno zaangażowane w związek i czerpiące z niego dużo satysfakcji nie myślą o innym związku. Są też mniej podatne na uroki innych, atrakcyjnych osób płci przeciwnej.

ODBIERZ PREZENTY>>>

Dzień Teściowej

5 marca obchodzony jest Dzień Teściowej. Tego samego dnia swoje święto obchodzą dentyści. Zastanawia się czy to przypadek czy czyjeś celowe działanie, że niby teściowie zadają taki ból jak dentyści?

Oczywiście nie musi tak być. Co innego teściowa z dowcipów, a co innego ta realna, która może być wsparciem i ostoją dla synowej czy zięcia. Jakoś znowu zapomina się o teściu, tak jakby miał dużo mniejszą rolę do odegrania. A może po prostu panowie teściowie nie angażują się aż tak mocno i nie przeżywają tak wszystkiego jak teściowe? Bardziej chyba zajmują się sprawami bytowania, niż wzajemnych kontaktów.

A kiedy zaczynają się problemy, które później tak trudno rozwiązać? Gdy teściowie nie akceptują wyboru swojego dziecka co do partnera. Ich wyobrażenie o synowej, zięciu nie znajduje potwierdzenia w rzeczywistości: a nie taki, a nie taka, a rodzina zła, a mezalians… Oczywiście wybór partnera należy do dziecka, ale rodzice często próbują ingerować w to i ich niechęć potrafi przetrwać całymi latami. Jak więc synowa czy zięć mają mieć pozytywny stosunek do teściów, skoro oni zaraz na starcie ich skreślili? Trudne, ale możliwe. Po prostu być sobą, pokazać co jest się wartym i nie dać się wciągnąć w nieustające kłótnie o wszystko.

I dlatego najlepiej jest mieszkać zupełnie osobno, a nie z rodzicami którejś ze stron związku. Statystyki są nieubłagane: siłą rzeczy relacje z teściami, jak również między małżonkami, są gorsze częściej tam, gdzie doszło do wspólnego zamieszkania. Wiadomo, przebywanie ze sobą od rana do wieczora, wchodzenie sobie w drogę, odmienne nawyki i przyzwyczajenia, brak swobody, dają w rezultacie wzajemną niechęć. Spotkania od czasu do czasu są bezpieczniejsze…

Idź więc albo zadzwoń tego chociaż tego 5 marca do upierdliwej teściowej czy nieznośnego teścia i złóż życzenia. A co!

ODBIERZ PREZENTY>>>

Oblicza zdrady – zdrada internetowa

 Fragment książki Michała Dziurdzika „Oblicza zdrady”>>>

 Zdrada internetowa.

Dlaczego i jak do niej dochodzi?

Czas, aby odpowiedzieć sobie na podstawowe pytanie: „Dlaczego ludzie wykorzystują Internet, aby zdradzać?”. Odpowiedź wbrew pozorom nie jest trudna. Wpływa na to przeświadczenie o całkowitej anonimowości. Nie trzeba też brać odpowiedzialności za słowa i zachowania. Można momentalnie się stać kimś, kim by się chciało być i na moment zagrać jego rolę bez najmniejszych konsekwencji.

Można bardzo łatwo realizować swoje najbardziej ukryte marzenia, także te erotyczne. Najczęściej pozornie bez żadnych konsekwencji. Eksperymentowanie w Internecie ze swoją tożsamością może prowadzić do poważnych konsekwencji.

Internauci wchodząc w rolę kogoś innego, by sprawdzić, jak będą się czuli, gdy nowa rzeczywistość stanie się dla nich dostępna, zapominają o tym, co jest ważne. Nie liczą się z konsekwencjami.

Wszystko staje się dla nich bardzo ulotne. Nie widzą, że bardzo szybko przekraczają cienką linię, która jest granicą. Uważają najczęściej, że skoro grają kogoś innego, to zdrada nie dotyka ich partnera. To jest oczywiście błędne. Warto wiedzieć, że nic nie usprawiedliwia „dobrej zabawy”, jaką jest zdrada. Nie warto się oszukiwać. Jeśli wcielasz się w rolę kogoś innego, to i tak zdradzasz swojego partnera. Przybrana tożsamość nie chroni cię przed skutkami twojego postępowania.

Najbardziej na zdradę internetową narażone są związki nadwątlone przez czas. Związki, w których ogień namiętności już wygasa.

Internauta nie widzi drugiej osoby w jej codziennym środowisku. Nie widzi jego wad. Nie widzi danej osoby w sytuacjach codziennych, w relacjach z innymi ludźmi. Nie widzi tego, że druga osoba bywa zniechęcona, rozdrażniona, zdenerwowana. Tworzy sobie wyimaginowany obraz drugiej osoby. Przypisuje jej takie zalety, jakich brak jego aktualnemu partnerowi. Dzieje się tak dlatego, że wie o drugiej osobie tylko tyle, ile się od niej dowie. Dlatego łatwo jest drugą osobę idealizować. Dzięki temu odżywają emocje, ludzie zaczynają żyć życiem swoich wirtualnych przyjaciół. W ich życie wkracza coś nowego. Tylko trzeba pamiętać, iż jest to wyobrażenie drugiej osoby. I właśnie w takim wyobrażeniu, w takim idealnym obrazie można się zakochać bez pamięci. A wyobrażenia mają to do siebie, że zazwyczaj bardzo się różnią od rzeczywistości. I nie są to najczęściej różnice in plus.

Najgorzej jest w sytuacji, kiedy aktualny partner nie pokazuje, jak bardzo mu zależy na udanym związku. Wtedy osoba, która nie jest szczęśliwa w takim związku, zaczyna mieć niskie poczucie własnej wartości. Nie czuje się spełniona, szczęśliwa w związku, kochana, atrakcyjna. Wtedy bardzo pociągająca staje się właśnie osoba poznana w Internecie. Taki internetowy znajomy, który z czasem staje się internetowym kochankiem, sprawia, iż nieszczęśliwa do tej pory osoba nagle znajduje cel w swoim życiu. Znowu zaczyna się czuć atrakcyjna, potrzebna i akceptowana. Przychodzi to o tyle łatwo, że taki kochanek jest na wyciągnięcie ręki. Zawsze odpisuje, zawsze pisze miłe słowa.

Do internetowej zdrady dochodzi znacznie łatwiej niż do zdrady w świecie realnym. Tutaj odległość, status społeczny, konwenanse – najczęściej się nie liczą. Wszystko jest proste, wystarczy kliknąć, napisać parę słów – i już wszystko wiadomo. Jest to takie proste, że wydaje się nierealne. Skoro wydaje się nierealne, to zapewne jest nieszkodliwe. Fałsz, jest to normalna zdrada. I warto o tym pamiętać. Zastanów się więc, czy swoim postępowaniem nie popychasz partnera w ramiona kogoś innego. Czy nie sprawiasz, że partner musi szukać czułości poza związkiem? Że oddalacie się od siebie?

Widzisz, jak stosunkowo prosta jest internetowa zdrada?

Jak niewiele potrzeba, aby przekroczyć cienką linię?

Jak niewiele potrzeba, aby zniszczyć związek?

Poznaj tajemnice tych którzy zdradzają i uczucia tych którzy są zdradzani.

Jeśli chcesz poznać prawdziwe oblicze zdrady, nauczyć się jak ją rozpoznawać lub jej zapobiegać, zapoznaj się z całym ebookiem>>>

 

 

 

 

 

<<<ZAPISZ SIĘ NA NEWSLETTER I ODBIERZ DARMOWE BONUSY>>>

 

 

Chmurka tagów

%d blogerów lubi to: