wejdź na www.metanoja.pl

Posts tagged ‘sukces zawodowy’

Asertywność – część VI

Fragment: WŁASNE ZDANIE. NIE TYLKO W PRACY Miłosza Karbowskiego 

 I ty, Brutusie…

Najbardziej boli, gdy upokarzają nas osoby nam bliskie, np. najlepsi znajomi z pracy. Po pierwsze — jesteśmy zbici z tropu, bo trudniej nam się im zrewanżować i potraktować ich chłodno.

Po drugie — oni najlepiej znają nasze słabości i, jeśli ugodzą, to w samo serce.

Nasza pierwsza reakcja to często jęk zawodu w stylu: „I ty, Brutusie, przeciwko mnie?”. Ale nikt, ani milusia ciocia, ani przyjaciel z pracy, nie ma prawa Cię upokarzać. Reagujesz więc, z tym że z palety zachowań do wyboru warto odrzucić ostry kontratak.

W końcu Wam obu zależy na utrzymaniu przyjaźni.

Można odgryźć się, ale bez szczególnej złośliwości i z poczuciem humoru.

Jeśli więc Twój kumpel z powagą wypali w towarzystwie: „Coś źle wyglądasz. Co robisz wieczorami? Może dać Ci namiar na dobrą poradnię AA?”, odpowiedz: „Nie, jeśli ty do niej chodziłeś, to jej skuteczność jest wątpliwa i wolę wybrać inną”.

Zawsze można też zareagować prościej: „Stary, lubię cię, ale nie chcę z tobą gadać, jak tak będziesz się do mnie zwracał”.

Fora, czyli zmora

W obecnych czasach pojawiło się miejsce, gdzie każdy może obrzucić kogoś wiadrem pomyj. Raj dla złośliwych, rozczarowanych, zawiedzionych lub bojących się prawdziwych kontaktów z ludźmi. To, rzecz jasna, otwarte internetowe fora.

Chyba ktoś już dociekał, skąd tam tyle słownej patologii. Ludzie są podobno sfrustrowani i wyżywanie się na innych jest ich sposobem na odreagowanie niepowodzeń. Jeżeli ocenia się Ciebie na publicznych forach internetowych, bierz pod uwagę jedynie wpisy merytoryczne. Ta sytuacja może dotyczyć każdej osoby, która jest bohaterem lub autorem artykułu. Ale także lekarzy czy polityków ocenianych na stosownych stronach. Ogólnie mówiąc, wartościowe komentarze pojawiają się głównie na forach fachowych lub tematycznych, najlepiej z koniecznością rejestracji i logowania.

Wróćmy jednak do wpisów anonimowych i złośliwych. Osoba, która się ich dopuszcza, jest zwykłym tchórzem. Co może być celem jej działania?

Sprawienie Ci przykrości.

Bywa, że realizuje jakiś interes (może chce Cię oczernić, bo np. zazdrości Ci wiedzy, pozycji, kariery). Taki człowiek czasem wpisuje się pod kilkoma nickami, aby uwiarygodnić swoją opinię.

Być może to ludzie z konkurencji (lub, o zgrozo, wynajęci przez tę osobę specjaliści od „czarnego PR”), którzy chcą umniejszyć wartość Twoją lub Twojej firmy.

Dlatego jeśli już musisz czytać fora, na których np. wpisują się klienci Twojej firmy, zwracaj uwagę wyłącznie na treści merytoryczne.

Wyjątkowo narażone na internetowe chamstwo są znane osoby o ugruntowanych poglądach, które prowadzą blogi. Nie moderują komentarzy, by nie zostać posądzonymi o manipulację wpisami.

Stąd biorą się typowe dla internetu „wypowiedzi” osób niezgadzających się z poglądami blogera. Jako przykład wybrałem komentarze do felietonów posłanki do Parlamentu Europejskiego profesor Joanny Senyszyn. To osoba wykształcona i inteligentna, a zarazem kontrowersyjna. Wpisy pochodzą z komentarzy do jej bloga prowadzonego na portalu Onet.pl. Dodam, że odrzuciłem te bardziej wulgarne. (Pisownia oryginalna — przyp. red.):

Co ty stara komunistyczna jędzo możesz wiedzieć o (…) moralności? Jak komuniści tacy jak ty mordowali praw dziwych Polaków to było dobrze, prawda?

Tu delikatnie:

Pani Profesor

Zadziwia mnie i rozczarowywuje jakość Pani słownictwa i epitetów jakich Pani używa na swoim blogu. Pani, jako osoba o tytule naukowym profesora, nie może sobie na to pozwalać.

Każdy ma prawo do własnych poglądów, ale nie mogą one być wyrażane na tak niskim poziomie dyskursu publicznego, bo to ujmuje tylko ich autorowi.

Łączę pozdrowienia

I na deser…

Przestań wreszcie pouczać Polaków ty kremlowskie […] czerwone ścierwo! Wy żydo-komunistyczne ścierwa już dosyć pokazaliście w historii Polski co potraficie! […],

CZERWONE PEDAŁY ! (SATANISCI ) Z SLD – Zamknijcie swoje ryje!!!

Tym mocnym akcentem kończymy lekcję reakcji na upokorzenia.

To już wiesz

Raz: na próbę upokorzenia powinniśmy reagować szybko i chłodno. Natychmiast musimy pokazać, że nie życzymy sobie, by ktoś tak nas traktował.

Dwa: zależnie od tego, co Ci da lepsze efekty i jak istotne są dla Ciebie dobre stosunki z upokarzającą Cię osobą, możesz uciąć taką rozmowę lub się zrewanżować.

Trzy: otwarte publiczne internetowe fora i komentarze pod artykułami przepełnione są złośliwymi wpisami.

Jeżeli jesteś podmiotem ich oceny, bierz pod uwagę jedynie treści merytoryczne. Inne zignoruj, ponieważ mają na celu wyłącznie poprawę samopoczucia wpisującego.

<<<KLIKNIJ TUTAJ I ODBIERZ PREZENTY>>>

hobbit

Asertywność – część V

Fragment: WŁASNE ZDANIE. NIE TYLKO W PRACY Miłosza Karbowskiego 

To już wiesz

Raz: im większe odnosisz sukcesy, tym więcej krytyki na Ciebie spadnie. Ludzie parają się nią z zazdrości albo nie rozumieją tego, co robisz. Krytyk zwykle ma na celu to, by samemu błysnąć wiedzą i fachowością.

Dwa: aby ocenić, czy ktoś krytykuje Cię „dla sportu” czy chce Twojego dobra, zastanów się nad jego intencjami. Człowiek życzliwy pragnie Ci naprawdę pomóc. Od Twojej oceny celu, jaki ma krytyk, zależy Twoja reakcja na jego słowa.

Trzy: jeśli krytyka jest wyraźnie niesprawiedliwa, Twoja reakcja powinna być stanowcza. Możesz stwierdzić np.: „Pogadamy, ale dopiero gdy spojrzysz na to obiektywnie”. Ewentualnie po prostu zbądź krytykującą Cię osobę.

Między krytyką a upokorzeniem jest cienka granica. Zdanie:

„Znowu nie odbierałeś telefonów po 18.00 i nie mogłem ustalić z tobą programu dzisiejszego spotkania” — jest krytyką. Zdanie:

„Żona założyła ci szlaban na telefon, co? Ciekawe, do czego jeszcze nie daje ci dostępu” — jest próbą upokorzenia.

Niektórzy ludzie chcą, byśmy poczuli się malutcy i zgnębieni.

Nie mają do tego żadnego prawa.

Poniżenie ma kilka rodzajów. Jest nim zwykła słowna obraza:

„Posłuchaj mnie, troglodyto, bo szósty raz nie będę tego powtarzał”.

Poniżenie to także ukryta zniewaga: „No nieźle, nieźle, przedstawiłeś mi listę potencjalnych klientów. Masz ich aż pięciu po dwóch tygodniach, czyli na każdego pracowałeś całe dwa dni. Gratuluję skuteczności. Jak tak ci dalej pójdzie, będziemy chyba zapisywać ich w kolejkę”.

Poniżenie to także specyficzne gesty, np. drwiące spojrzenia i uśmieszki.

Zderzenie ze skałą

Właściwą obroną przed próbą upokorzenia jest szybka, bezpośrednia i chłodna reakcja. Nie chodzi może o prawy prosty w nos, a coś mniej bolesnego, za to równie skutecznego.

Obrona przed upokorzeniem

Obrażani przez kogoś powinniśmy zachować spokój. Samo zaniechanie emocjonalnej reakcji daje agresorowi sygnał, że trafił na skałę, a nie strzela przez styropian. Gdy ktoś obdarzy Cię złośliwym komentarzem, odpowiedz: „Nie życzę sobie, byś tak się do mnie odzywał. To niczego nie załatwia”. Albo: „Rozumiem, co chcesz mi przekazać, nie musisz jednak robić tego złośliwie. Czy przez to lepiej się czujesz?”.

Możesz też wymusić na drugiej osobie bezpośredniość, zbijając ją z tropu: „Wyjaśnij mi, proszę, co oznacza twoje zachowanie”.

Machnąć ręką czy szabelką?

Czasem nawet niezłym sposobem na upokorzenia jest zakończenie kontaktu. Przecież zdarza się, że naprawdę nie ma po co reagować. Gdy ktoś Cię atakuje, a istnieje taka możliwość, wycofaj się z godnością i na luzie.

 „Wiesz, nie znamy się za dobrze i niech tak zostanie”.

„Skończyłeś? No to ja wracam do pracy. Aha, nie skończyłeś.

No dobra, to ja wychodzę, a ty skończ beze mnie”.

Oczywiście — jeśli wiążą Was sprawy zawodowe, załatwiaj je profesjonalnie — bądź po prostu fachowy (czytałeś już o wyłączaniu emocji w rozdziale o kłopotliwych ludziach). Gdy jednak możesz sobie pozwolić na zwykłe unikanie przykrych gości, nie jest to oznaką tchórzostwa, a raczej wygody. Okazując, że nie masz ochoty na kontakt z takim człowiekiem, w sumie „wygrywasz”.

Prawdopodobnie uniesie się honorem i da Ci spokój, ale to Ty rozdałeś tu karty. Zignorowałeś go.

Zamiast machać ręką, możesz też zdecydować się na ułańską szarżę. To Twój wybór. Zrób to, gdy roznosi Cię temperament i elokwencja lub gdy wiesz, że jeśli komuś nie odpłacisz pięknym za nadobne, będziesz się z nim męczył jak z powracającym deszczem podczas wakacji.

Chcąc pójść na wojnę, uderz w czuły punkt. Osoba upokarzająca innych to zwykle człowiek niedowartościowany, który chce poczuć się lepiej kosztem innych.

Oto wymyślona biurowa scenka. Występują w niej agresor i kontratakujący. Zakładamy, że szefowa, o której będzie mowa, jest atrakcyjna i wolna.

Agresor: Chyba się zakochałeś w szefowej i chcesz jej się podlizać, bo siedzisz po godzinach.

Kontratakujący: Nie wiem, co ci do tego. Ale, swoją drogą, ja przynajmniej mam u niej jakieś szanse.

A: Bo co, będziesz niewolnikiem na każde zawołanie?

K: Nie, bo mam tu cholernie małą konkurencję.

A: Doprawdy? Może pójdziemy razem do dyskoteki i zobaczymy, kto z kim wróci do domu?

K: Skończyłem trzydziestkę i już mnie nie bawi podrywanie małolat.

Ale ty to co innego. Posprzątaj tylko tylne siedzenie w aucie. Powodzenia.

A: No pewnie, lepszy stary wróbel w garści, co?

K: Słuchaj, czy możemy skończyć tę idiotyczną rozmowę? Tracę czas, a mam jeszcze sporo rzeczy do zrobienia.

 

<<<KLIKNIJ TUTAJ I ODBIERZ PREZENTY>>>

 

 

Asertywność – część IV

Fragment: WŁASNE ZDANIE. NIE TYLKO W PRACY Miłosza Karbowskiego 

Zawsze, nigdy…

Odmianą krytyki niesprawiedliwej jest uogólnianie. Ktoś zarzuca Ci, że „zawsze” zachowujesz się niewłaściwie lub „nigdy” nie postępujesz jak trzeba. Ludzie mają skłonności do takiego ujmowania swoich pretensji:

„NIGDY nie bierzesz pod uwagę tego, że ja nie znoszę przyjmować tego gościa”.

 „ZAWSZE kombinujesz, jak wyjść pierwszy”.

„WSZYSCY są wkurzeni, że wziąłeś urlop w najbardziej gorącym okresie”.

Oczywiście nie postępujesz tak „nigdy”, „zawsze” i nie „wszyscy” są wkurzeni. W takich sytuacjach, o ile druga strona ma odrobinę racji, „skonkretyzuj” swój błąd.

„Posłuchaj, dopiero drugi raz musisz go obsłużyć, ja robiłem to wielokrotnie, więc nie przesadzaj”.

„Zwykle, niestety, nie wychodzę pierwszy, a że każdy chce być w domu jak najwcześniej, to chyba normalne, prawda?”.

 „Tak musiałem zrobić, bo urlop w tym okresie ma moja żona.

I chyba nie wszyscy są wkurzeni, przecież tylko ty i Romek dostaniecie z tego powodu więcej obowiązków i to jedynie na dwa tygodnie”.

Antidotum na truciznę

Wyraźnie niesłuszna krytyka jest jak trucizna, którą ktoś wstrzykuje Ci do krwiobiegu. Nie masz wątpliwości, że chce Twoim kosztem poczuć się dobrze i pokazać, jaki jest mądry. Niektórzy są tak zadufani w sobie, że nawet mogą nie wiedzieć, że sprawiają Ci przykrość.

Możesz wybrać dwie metody walki z oczywiście niesłuszną krytyką.

Albo w reakcję włożyć odrobinę wysiłku, albo po prostu zbyć zakochane w sobie jednoosobowe środowisko opiniotwórcze.

Odrobina wysiłku może brzmieć np. tak:

„Oj, stary, zdrowo przesadziłeś”.

„Wiesz co, naprawdę chciałbym się zgodzić choć z jedną rzeczą, o jakiej mówisz, ale musiałbym postąpić wbrew sobie.

Zostańmy więc w zgodzie, ale przy swoich zdaniach”.

 „Pogadamy, ale dopiero gdy spojrzysz na to obiektywnie”.

Sztuka zbywania, czyli bokserski unik

Utkwił mi w głowie obrazek z komiksu, niestety nie pamiętam już z jakiego. Jedna z postaci pokornie wysłuchiwała nauczek drugiej. Przynajmniej taką miała minę. Jednakże za jej plecami w tzw. „dymku” oznaczającym, co myśli (ale nie mówi), rysownik nakreślił siekierę.

To dla mnie nie tylko wspomnienie z komiksu, bo z dzieciństwa pamiętam sytuacje, gdy dokładnie tak samo reagowałem na kazania dyrektorów i niektórych nauczycieli moich szkół. Mogę być nieobiektywny, ale uważam, że znali się na wychowywaniu dzieci jak słonie na szydełkowaniu. Czyli: mówili swoje, a ja słuchałem, by mieć to z głowy, ale wiedziałem swoje. Wszyscy byli stosunkowo zadowoleni.

Sztuka zbywania to szybka metoda na krytyków i niezmordowanych miłośników udzielania rad. Wyobraź sobie spotkanie dwóch koleżanek:

Pani numer jeden mówi do pani numer dwa: „Słuchaj, byłam ostatnio u takiej superfryzjerki. Mogłaby ci zmienić fryzurę, bo  te twoje loki są chyba trochę przestarzałe”.

Zakładamy, że pani numer jeden nie jest przyjaciółką od serca pani numer dwa. Ta druga wyczuwa, że pierwsza nie życzy jej najlepiej, a raczej chce sobie w zakamuflowany sposób „poużywać” kosztem koleżanki. Pani numer dwa nie zamierza pozbywać się loków, na które w rzeczywistości „leci” połowa facetów w firmie. Nie chce też wdawać się w bezsensowną dyskusję.

Reagując asertywnie, pani numer dwa może odpowiedzieć:

„Możliwe” albo: „Może i tak”. Po czym zmienić temat lub wrócić do pracy. W taki sposób pokazuje pani numer jeden, że nie ma ochoty na tę rozmowę. Mimo że tamta zaczęła temat zmiany fryzury w formie przytyku („twoje loki są chyba przestarzałe”), druga strona po prostu ucina go, powstrzymując się od złośliwości, typu: „Kotku, dla tych loków kilku gości mogłoby zabić.

Chociażby moją koleżankę, która zmienia co miesiąc fryzurę i wciąż nie może nikogo poderwać”.

Gdy zachowasz taki spokój i zerowe zaangażowanie, cios, jaki Ci jest wymierzany, przejdzie bokiem. 

 

<<<KLIKNIJ TUTAJ I ODBIERZ PREZENTY>>>

 

 

Asetywność – część III

Fragment: WŁASNE ZDANIE. NIE TYLKO W PRACY Miłosza Karbowskiego 

To już wiesz

Raz: nie ma idealnych miejsc pracy. Są lepsze i gorsze.

Najważniejsze, byśmy sami wzięli odpowiedzialność za to, czy w swojej firmie dostajemy to, na co zasługujemy.

Dwa: jeśli doskwiera Ci poczucie winy, gdy siebie stawiasz na pierwszym miejscu, porzuć je. W głębi duszy wszyscy Twoi współpracownicy w pierwszej kolejności myślą o sobie.

Trzy: ta książka przeprowadzi Cię przez wszechstronny trening asertywności w miejscu pracy.

Jestem subskrybentem newslettera znakomitego motywatora z Alabamy Ziga Ziglara. Polecam go, bo to dawka pozytywnej energii podana w eleganckiej i przemyślanej formie. W jednym z artykułów Ziglar pisze, jak Winston Churchill oprawił w ramkę i zawiesił na ścianie swojego biura słowa innego historycznego polityka, Abrahama Lincolna:

Robię to, co według mnie najlepsze, najlepiej jak potrafię.

I mam zamiar robić tak do końca. I jeśli przy końcu okaże się, że mam rację, wszystko, co o mnie powiedziano, przestanie się liczyć. A jeśli koniec pokaże, że się myliłem, nie zmieni tego nawet 10 aniołów, które będą przysięgać, że miałem rację.

Jak pisze Ziglar — nieważne, czym się zajmujesz, im znaczniejsze odnosisz sukcesy, tym więcej krytyki na Ciebie spada. Niektórzy parają się nią z zazdrości, inni nie rozumieją tego, co robisz, a jeszcze inni mają zwyczaj znajdowania błędów, tak jakby mieli dostać za to nagrodę. Amerykański motywator pisze: Tylko ci, którzy nie próbują niczego, nie są krytykowani.

Jedyną osobą, która — niestety — ma prawo negatywnie wypowiadać się o Twojej pracy, jest Twój zwierzchnik. Możesz też dopuszczać krytykę innych osób z własnej woli, jeżeli ich opinię darzysz szacunkiem i wiesz, że wydają ją w dobrej wierze. Pozostali natomiast mogą Cię pocałować tam, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę.

Co w rzeczywistości krytyk ma na celu? Z lubością zwraca uwagę innym i ich poucza, bo pragnie błyszczeć. Ponieważ nie każdy zauważa jego zalety i fachowość, chce je przedstawić w jasnym świetle, wskazując wady innych. Krytyk to osoba, która wytknie Ci błąd, a może nawet łaskawie Ci doradzi tylko po to, by pokazać swoją wyższość.

Wanda, przechodząc obok stanowiska Adama, zwracała mu uwagę: „Nikt w firmie nie ma takiego bałaganu na biurku jak ty.

Weź i coś z tym zrób”. Przy okazji dodawała coś o jego fachowości (Wanda miała też zwyczaj wpadania we wściekłość i przeklinania, na czym świat stoi, gdy klienci — ci cholerni idioci — nie odbierali od niej telefonów, ale to materiał na inną bajkę).

Adam był młodszy od Wandy, szanował zdanie starszych i zwykle po burze, jaką dostawał, mówił: „Dobrze, zaraz to uprzątnę”.

Czuł się trochę jak wyrostek zganiony przez nauczycielkę, choć w gruncie rzeczy w swoim „bałaganie” bez problemów wszystko  znajdował.

Po pewnym czasie do firmy przyszedł Grzegorz. Zajął stanowisko obok Adama. Po kilku dniach byli już dobrymi kumplami.

Gdy Wanda przechodziła utartą ścieżką, rzuciła pogardliwie:

„Adam, szukam dzisiejszego numeru «Gazety Prawnej». Może gdzieś zaginął w tym syfie, co masz na biurku?”. Adam rzucił się do przeglądania papierów i zaprzeczył. Oczywiście nawet nie brał dzisiejszej gazety.

Po tym jak czarownica odfrunęła, Grzesiek zagadnął Adama:

„Ona tak zawsze? A co jej do twojego biurka?”.

I Adam zaczął się zastanawiać.

Czy Wandzie naprawdę zależy na tym, bym miał na biurku porządek?

Przecież ze swojego stanowiska nawet mnie nie widzi.

Czy komuś moje zagracone biurko przeszkadza? Przecież tylko

ja na nim pracuję i są tu jedynie moje rzeczy.

Czy Wanda ma nade mną jakąkolwiek władzę?

Czy w ogóle zależy mi na jej zdaniu?

Ponieważ na wszystkie pytania Adam odpowiedział „nie”, od razu poczuł się lepiej. Gdy kolejny raz Wanda zwróciła mu uwagę, odparł z uśmieszkiem: „To nie bałagan, tylko twórczy nieład, pani Wandeczko. Ale tylko artyści dostrzegą w nim harmonię”.

Wanda po pierwszym szoku coś odburknęła i poszła dalej. Więcej nie zwracała Adamowi uwagi. Przecież tak naprawdę zależało jej tylko na zaznaczeniu swojej ważności, a wobec asertywnej riposty kolegi jej uszczypliwość straciła sens.

Kluczem do wyboru reakcji na krytykę jest ocena intencji osoby, która suszy Ci głowę. Generalnie — życzliwi Ci ludzie nie będą Cię dołować, a raczej postarają się konstruktywnie z Tobą rozmawiać.

Jeżeli czujesz, że druga strona ma na celu Twoje dobro, warto jej wysłuchać. Wytknie Ci ona błąd na osobności, by nie narobić Ci wstydu. Szczerze dąży do poprawy Twojej sytuacji.

Nawet ludzie życzliwi mogą się oczywiście mylić. Ci też są niewinni, wysoki sądzie. Wysłuchaj ich, a potem wyraź swoje zdanie.

Może jednak coś dobrego z takiej dyskusji się urodzi. Dowiesz się czegoś ważnego o sobie. Wystarczy zapytać: „Co dokładnie masz na myśli? Rozwiń to, proszę”. Takie pytanie szybko demaskuje też krytyków, którzy uprawiają sztukę dla sztuki, bo  po kilku następnych zdaniach już wiesz, że nie chodzi im wcale o to, by było lepiej.

Gdy masz wątpliwości, jak zareagować, zadaj sobie pytania:

Co druga osoba chce osiągnąć, mnie krytykując?

Czy chodzi o realizację jej celu, czy moich celów lub naszych wspólnych?

 

<<<KLIKNIJ TUTAJ I ODBIERZ PREZENTY>>>

 

Kreowanie produktu

Elizabeth Gnocco – GOTOWA NA SUKCES>>>

A tutaj fragment tej publikacji:

„Wykreuj produkt

Teraz, kiedy już określiłaś swoją niszę (temat), odbiorców (klientów) oraz program zawierający rozwiązanie, czas, abyś wykreowała produkt. Potrzebny jest on po to, byś miała konkretny sposób na dotarcie do swoich klientów. Musisz ubrać Twoje rozwiązanie w „coś”, po co klienci będą mogli sięgnąć, co będą mogli kupić. Produkt potrzebny jest zatem po to, abyś mogła zarabiać na swoim rozwiązaniu, dzieleniu się swoją wiedzą i doświadczeniem.

Bardzo wielu ludzi chciałoby dokonać zmian w swoim życiu i czerpać dochody z bycia ekspertami i doradcami w określonych dziedzinach, jednak tylko niewielu pomyśli nad stworzeniem produktu bądź programu, który mogliby zaoferować klientom. Nigdy nie napiszą książki, nie zrobią prezentacji, nie przygotują seminarium, warsztatu czy szkolenia, nigdy nie nagrają wideo czy nie stworzą kursu online. Nie zrobią tego wszystkiego głównie dlatego, że nie wiedzą, od czego zacząć, albo mają przekonanie, że nie będą potrafili tego zrobić. Tymczasem, nie posiadając konkretnych produktów, nie mają czego sprzedawać, a tym samym nie mają na czym zarabiać.

Wbrew pozorom stworzenie produktu jest proste.

Proponuję Ci zacząć od czegoś bardzo podstawowego, to znaczy od decyzji, w jaki sposób chciałabyś przekazywać swoją wiedzę i informacje klientom. Do wyboru masz zaledwie pięć dróg komunikacji, którymi możesz docierać do innych. Zapoznaj się z nimi i zastanów, od której z nich zaczniesz.

 Pierwszą drogą komunikacji, dzięki której inni będą mogli konsumować Twoją wiedzę, jest czytanie. Oznacza to, że możesz przekazywać wiedzę, pisząc książki, ebooki, artykuły, wpisy na blogu, przewodniki czy poradniki.

 Drugą możliwością jest słuchanie. Możesz zatem przekazywać informacje za pomocą audio CD, MP3, telekonferencji czy rozmów telefonicznych (jeden na jeden).

 Trzecia forma to oglądanie. Możesz emitować Twoje przekazy w telewizji, na DVD czy w Internecie (online wideo).

Czwarta możliwość to doświadczanie. Obejmuje to przygotowywanie konferencji na żywo, seminariów, szkoleń, warsztatów, prezentacji.

 Ostatnia, piąta możliwość przekazywania wiedzy to przygotowywanie indywidualnych programów, takich jak indywidualne sesje coachingowe, mentoringowe czy consultingowe.

Są to wszystko drogi, jakimi klient może zdobyć przekazywaną przez Ciebie wiedzę — czytając, słuchając, oglądając, doświadczając i trenując. Wiele osób będzie chciało każdej z tych form, zatem Twoim zadaniem jest wybór kilku z możliwych kategorii, następnie zaczęcie od jednej i stopniowe rozwijanie się. Ludzie lubią mieć możliwość wyboru i lubią korzystać z kilku opcji jednocześnie, przykładowo po przeczytaniu książki chętnie przyjdą na seminarium, a nawet indywidualny coaching. Zastanów się zatem, na jaką modalność chcesz oddziaływać? W czym będziesz się dobrze czuć? Do czego masz predyspozycje i umiejętności?

Przypominam, produkt potrzebny jest po to, byś mogła „zapakować” w niego przygotowane przez Ciebie rozwiązanie, swoją wiedzę, porady oraz doświadczenie.

Tylko dzięki niemu będziesz miała możliwość otrzymania za swą wiedzę pieniędzy i rozwijania własnego biznesu. Zapewniam Cię, że tysiące ludzi będzie chciało zapłacić za porady, które będziesz oferować.

Od jakiego rozwiązania zatem zaczniesz? Którą drogę sprzedaży wiedzy wybierzesz? Książkę, szkolenie, consulting? Oczywiście nie ma dobrej ani złej drogi, zależy to tylko od Twoich preferencji i możliwości.

Jak pisałam wcześniej, ważne jest, byś od czegoś zaczęła, później sama się przekonasz, że zechcesz poszerzać swój produkt o nowe opcje sprzedaży. Treść zawartą w ebooku możesz z łatwością przełożyć na szkolenie lub filmy wideo sprzedawane online. Pamiętaj, ludzie lubią mieć wybór — zatem twórz dla nich jak najwięcej opcji i możliwości. Chcąc pomóc Ci w rozpoczęciu procesu tworzenia produktu, zachęcam do uzupełnienia poniższych zdań.

Zrób to teraz:

 Prawdopodobnie moi klienci najbardziej chcieliby się uczyć za pomocą modalności

………………………………………………………………………….. (wybierz: czytanie, słuchanie, oglądanie, doświadczanie, trening indywidualny).

 Modalność, w jakiej ja chciałabym najbardziej  uczyć, to

…………………………………………………………………………..

(pisanie, mówienie — CD, nagranie wideo, szkolenia grupowe na żywo, rozmowa jeden na jeden).

 Uważam, że pierwszym produktem lub programem, jaki wykreuję dla moich klientów, będzie….

…………………………………………………………………………..”

Sprawdź dlaczego warto mieć całą książkę!>>>

 

 

 

<<<KLIKNIJ TUTAJ I ODBIERZ PREZENTY>>> 

Człowieeeku, wyluzuj!

Autor: Marcin Jaskulski

Długo zastanawiałem się, co powinienem napisać we wstępie do książki, której już sam tytuł może wprawić w zakłopotanie, i to wcale nie tylko pracoholików i sztywniaków. Również tych wszystkich, którzy pozwolili, by nowoczesna filozofia życia w ciągłym biegu zabrała im ich własne „ja”. Którzy dali sobie wmówić, że całodobowe harowanie może z powodzeniem zastąpić życie rodzinne, spotkania z przyjaciółmi, relaks i zabawę. Którzy dostali się w pułapkę zatracania radości życia przez jego nadmierne planowanie, organizowanie i traktowanie nazbyt poważnie.

Od wielu lat z niepokojem obserwuję, jak bardzo nasze społeczeństwo zmienia się na niekorzyść, a jego obywatele coraz bardziej przypominają nastawione zadaniowo cyborgi. Carpe diem nabrało nowego znaczenia. Choć nadal wiele osób obiera je sobie za życiowe motto (cóż, taka moda…), teraz to już nie jest chwytanie dnia. W każdym razie nie takie, o jakim pisał Horacy. Dziś carpe diem to trzy fakultety (z tego zwykle dwa bez sensu i na pokaz), pięć języków (większość po łebkach), „satysfakcjonująca” praca od ósmej do dwudziestej (ale za to za jaką kasę!), trzystu znajomych na portalu społecznościowym (prawdziwych przyjaciół niestety brak), idealny partner (tzn. mniej więcej pasujący do opisu z kolorowego pisemka), no i oczywiście własne mieszkanie na strzeżonym osiedlu, ciągle jeszcze z widokiem na las (plus kredyt na trzydzieści lat w prezencie). Jasne — niekoniecznie to wszystko i niekoniecznie w takiej akurat kolejności, ale wiesz z pewnością, o co mi chodzi. W głównej mierze o zachowanie rozsądku.

Nie, nie zamierzam namawiać Cię, żebyś zrezygnował ze studiów czy przestał spłacać kredyty. Nie rzucaj też posady ani swojego partnera (chyba że akurat chcesz…). Spróbuj jedynie trochę wyluzować. Zatrzymaj się na chwilę, przeczytaj bez pośpiechu tę książkę i zastanów się, czy czegoś nie tracisz.

A jeśli tak, to czego i w jak dużym stopniu. Masz tylko to jedno życie. Przeżyj je lepiej. Więcej się baw, więcej odpoczywaj i nie lekceważ zdrowia. Organizm upomni się o swoje, jeśli pracujesz bez wytchnienia po dwanaście godzin na dobę, a w weekendy odreagowujesz stres, zalewając się w trupa.

Widzę już naburmuszone miny co poniektórych, którzy czytają ten wstęp. Zanim jednak postanowisz nie kontynuować lektury, pozwól coś sobie wyjaśnić. Nie chcę niepotrzebnie budować zbyt długich zdań, za każdym razem zaznaczając, że dana treść „oczywiście, absolutnie i przenigdy” nie tyczy się wszystkich ludzi, którzy akurat trafili na książkę Jaskulskiego.

Nie jestem w stanie podzielić jej też na rozdziały w stylu: „Dla lekomanów”, „Dla wyzyskiwanych pracowników”, „Dla wiecznych marzycieli” czy „Dla kierowców — idiotów”. Nawet gdybyś był którąś z tych postaci, i tak znalazłbyś w tekście coś, co do Ciebie nie pasuje („A właśnie że nie noszę w kieszeni butelki — małpki z wódką. Kupiłem sobie piersiówkę! Poza tym piję z niej koniak!”). Dlatego uprzejmie proszę o nabranie dystansu i z góry przepraszam tych, których dotkliwie obrażę, bo nie potrafili tego zrobić.

Tak, tak. Zapewne zorientowałeś się już, książka ta nie będzie zbyt stonowana. Wierzę w potęgę cynizmu w procesie otwierania oczu. Pokładam też zaufanie w ironii, bo pozwala spojrzeć na rzeczy pod innym kątem. Co więcej, jestem przekonany, że uderzenie w czuły punkt tylko na początku powoduje ból. Później — o dziwo — przynosi niekłamaną ulgę i zrozumienie, żeby nie powiedzieć — oświecenie.

Kończąc ten przydługi już wstęp: nie, nie zamierzam krzyczeć: „Obudź się!”. Nie jestem przewodnikiem duchowym.

Chcę zamiast tego wejść na ten krótki moment do Twojego życia i zadać Ci trochę niewygodnych pytań. Odpowiedzi przyjdą same, ja jedynie mam dla Ciebie kilka przydatnych i nieprzydatnych podpowiedzi. Dlaczego nieprzydatnych?

A nadal jeszcze plujesz szefowi do kawy…?

Jak już doskonale wiesz, kategoria „Praca” w modelu 3 × 8 to nie tylko praca w sensie miejsca zatrudnienia. Dla wielu osób pracą będzie na przykład dojazd do biura i powrót z niego, studia i związana z nimi nauka, sprzątanie, gotowanie, a nawet wymuszone rozmowy telefoniczne czy nieproszeni goście.

Słowem, wszystko, co wymaga od nas wysiłku i wszystko, czego nie lubimy robić (nie dotyczy to oczywiście pracy zawodowej, którą przecież wszyscy uwielbiamy).

Zła wiadomość: nie ma praktycznie możliwości, by uniknąć  pracy (naruszyłoby to zresztą samą ideę modelu 3 × 8 i całą równowagę szlag by trafił). Dobra wiadomość: możemy w dużym stopniu zminimalizować negatywny wpływ pracy na nasze życie, zmienić sposób jej wykonywania, a także pozbyć się dużej jej części, wykorzystując zaoszczędzony czas na rzeczy dużo przyjemniejsze (czyli dwie pozostałe kategorie naszego modelu).

Jeśli, żeby zarabiać podwójnie, trzeba dwa razy tyle pracować, to nie widzę, gdzie tu jest jakiś zysk?

Możesz oczywiście pominąć rozdziały, w których jako pracę opisuję aktywności, jakich Ty za pracę wcale nie uważasz. Namawiam Cię jednak, byś je przeczytał. Może się wtedy okazać, iż rzeczy, które uważasz za przyjemne, staną się dla Ciebie jeszcze przyjemniejsze. A taki między innymi jest cel tej książki.

Narzekanie na pracę to nasza cecha narodowa. Czy zarabiamy mało, średnio czy dużo, określamy swoją pracę jako robotę, harówę, „zapieprz” itp. Zwykle zresztą całkiem słusznie.

Zrzędzimy na szefów, współpracowników i klientów, co też w większości przypadków ma swoje podstawy. Nie ma sensu obwiniać się o tego typu gderliwość, albowiem umiejętność kreatywnego narzekania to bardzo inteligentna cecha. Świadczy bowiem o tym, że potrafimy właściwie oceniać sytuację i nie dajemy sobie robić wody z mózgu. Nie wiem jak Ty, ale ja nie ufam wiecznie zadowolonym pracownikom. Zwykle knują coś za plecami — takie są moje obserwacje.

Narzekanie musi być jednak kreatywne. Być może zastanawiałeś się, co to u diabła znaczy, bo użyłem tego słowa w poprzednim akapicie. Otóż ma ono pomóc Ci w trafnym osądzie i ułatwić dalsze działania, nie zaś powodować frustrację i zniechęcenie. „Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma” — warto, byś przypominał sobie to mądre powiedzenie, gdy czujesz, że zaczynasz przesadzać w swoim psioczeniu na firmę.

Przychodząc do nowej pracy, za każdym razem spotykałem się z pewnym zjawiskiem. Wśród nowo poznanych pracowników zawsze znajdował się podręcznikowy wręcz frustrat — wiecznie niezadowolony, znający wszystkie firmowe plotki, przyjmujący postawę lizusa w obecności szefa i postawę wielkiego buntownika, gdy przełożony znikał za horyzontem.

Podjudzał innych do działań na szkodę przedsiębiorstwa, samemu nie biorąc w nich udziału i nierzadko donosząc na tych, którzy poszli za jego „dobrymi radami”. Każdy z tych frustratów miał ponadto dwie cechy wspólne:

Po pierwsze: rozpowiadał wszystkim dookoła, zwłaszcza nowo zatrudnionym, że zamierza odejść z firmy. Już powysyłał CV, już był na spotkaniach, ba — ma nawet kilka intratnych propozycji, ale jeszcze się decyduje, którą wybrać…

Po drugie: nigdy nie odchodził. Zamiast tego, używając niezbyt czystych chwytów, piął się po szczeblach kariery, zawsze jednak w obrębie tej samej firmy. Prawdopodobnie pracuje w niej do dziś…

Wniosek: nie słuchaj podpowiedzi frustratów. Pod ich wpływem możesz zmienić miejsce zatrudnienia zupełnie niepotrzebnie, nierzadko wpadając z deszczu pod rynnę, a oni pozbędą się tylko kolejnego rywala.

Zamiast tego, spróbuj narzekać bardziej kreatywnie. Zauważaj wszystko, co jest nie tak, psiocz i krytykuj, ale też szukaj rozwiązań. Przede wszystkim dostrzegaj dobre strony zatrudnienia,

jak choćby stały dopływ gotówki. Mój znajomy z jednej z firm, w których pracowałem, powiedział mi kiedyś:

„Ludzie narzekają na swoją pensję, ale nawet gdy jest ona niska, to jednak jest. Możesz mieć długi, ale część z nich zawsze jakoś pokryjesz z kolejnej wypłaty. Gorzej, gdy stracisz pracę.

Oszczędności szybko się skończą, a długi pogłębią. Ani się obejrzysz, jak będziesz szukał dziesięciogroszówek pod łóżkiem, by uzbierać na zupkę chińską”.

Znajomy ten miał wątpliwą przyjemność bycia na bezrobociu przez ponad pół roku. Wtedy nie rozumiałem do końca, co właściwie chce mi powiedzieć. Pojąłem to, gdy pewnego razu sam straciłem pracę…

Jeśli a oznacza szczęście, to a = x + y + z; x — to praca, y — rozrywki, z — umiejętność trzymania języka za zębami. Albert Einstein

Spróbuj zastanowić się przez chwilę, jakie jeszcze rzeczy pozytywne przynosi Ci praca, poza wspomnianym wyżej stałym dopływem gotówki. Być może są to ciekawe znajomości, jakie zawierasz, darmowa opieka medyczna bądź interesujące kursy i szkolenia. Jeśli właśnie prychnąłeś ironicznie, bo żadnej z tych rzeczy nie jest Ci niestety dane doświadczyć, próbuj szukać dalej. Okazuje się, że nawet małe, na oko nic nieznaczące pozytywy, mogą umilić Ci dni spędzane w pracy. Wiele osób uwielbia na przykład kawę z dobrego ekspresu, któregoś ze współpracowników, widok zza okna, możliwość słuchania ulubionej stacji radiowej, kolor biurka albo wygodny, duży ekran służbowego monitora. Z pewnością znajdziesz kilka tego typu rzeczy. Warto o nich pamiętać (może nawet przydałoby się je zapisać). Nigdy nie jest tak, by wszystko w pracy było absolutnie do niczego. No chyba że sam jesteś kompletnym frustratem…

Zwykło się uważać, że należy dostosować się do miejsca pracy i zwyczajów w niej panujących. I tak, i nie. Oczywiście można trafić do firmy o tak sztywnej kulturze, że faktycznie nie ma w niej miejsca ani na odrobinę luzu, ani na odrobinę wyobraźni (sam miałem okazję pracować w przedsiębiorstwie, gdzie nie dość, że garnitur był strojem obowiązkowym, to na dodatek musiał być granatowy, z nieodzownym krawatem bez żadnych wzorków). Zwykle jednak powodem zbyt konwencjonalnego podejścia do służbowych obowiązków, ubioru czy zachowania wcale nie jest szefostwo firmy, a sami pracownicy. To oni boją się nadmiernie wychylać, żeby przypadkiem nie podpaść. Duszą w sobie naturalny skądinąd bunt, by zrobić coś inaczej (co nierzadko przyniosłoby lepszy efekt), bądź nie robić tego, co nie ma sensu. W efekcie stają się sztywni, gnuśni i nieufni wobec innych, zwłaszcza tych bardziej wyluzowanych. W pracy spędzamy zwykle co najmniej jedną trzecią doby. To naprawdę kawał czasu i dlatego jego maksymalne uprzyjemnienie powinno być dla nas absolutnym obowiązkiem. Czyniąc naszą pracę mniej stresującą, będziemy popełniać mniej błędów i lepiej się czuć.

W weekendy nasze odreagowanie nie będzie zaś musiało być aż tak silne, że aż niebezpieczne dla zdrowia (zapewne wiesz, o czym mówię…).

Praca na miarę

Jeśli będziesz przykładnie pracował osiem godzin dziennie, może Ci się kiedyś uda zostać kierownikiem i pracować dwanaście.

Robert Lee Frost

Zastanów się, co możesz zmienić w swoim miejscu pracy, by uprzyjemnić sobie spędzany tam czas. Oto kilka podpowiedzi, z których część sam z powodzeniem zastosowałem i stosuję nadal:

Garnitury i krawaty. Jeśli ich nie lubisz, to aby nie szokować otoczenia, stopniowo (przez kilka tygodni) pozbywaj się tego niewygodnego ubioru. Najpierw pozbądź się krawata, później koszuli. Następnie marynarki i spodni w kant. Stop! Nie przychodź do biura bez ubrania — nie o to mi chodziło. Po prostu zastępuj te części garderoby tymi, które bardziej Ci odpowiadają i w których lepiej się czujesz. Możesz na przykład nosić niepowycierane (to ważne) dżinsy lub spodnie materiałowe, bawełniane podkoszulki i marynarki z zamszu, lniane lub sztruksowe.

Jeśli cały proces przeprowadzał będziesz powoli, to najprawdopodobniej nikt nie zauważy tej zmiany, Ty zaś w końcu poczujesz się komfortowo. Ważne, by Twój ubiór zawsze był czysty i schludny. Oczywiście wiem, że nie wszyscy mogą pozwolić sobie na tak daleko idące zmiany i czasem pozostaje im

tylko lekkie poluzowanie krawata — cóż, dobre i to…

Jeśli nie masz samochodu, z pewnością już dawno zauważyłeś, że brzydka pogoda nie jest łaskawa dla Twojego obuwia.

Brnąc przez kałuże czy breję, docierasz do biura poirytowany, w pośpiechu próbując doczyścić upaćkane buty. A przecież nic nie stoi na przeszkodzie, by zastosować patent, który wiele osób (zwłaszcza kobiet) odkryło już dawno. Pod biurkiem trzymaj zawsze obuwie, w którym chodzić będziesz wyłącznie w pracy. Nie tylko zawsze będzie czyste, ale na dodatek praktycznie nie będzie się niszczyło.

Czy nie irytuje Cię moment wejścia do biura o 8.00 (lub 9.00 — zależy o której zaczynasz) czy kilka minut po? Już na korytarzu, nim wejdziesz do swego pokoju, ktoś czegoś od Ciebie chce. Po włączeniu komputera w pośpiechu biegniesz po kawę, gdzie już ustawiła się kolejka podobnych Tobie porannych zjaw, spragnionych dawki kofeiny, warunkującej możliwość rozpoczęcia pracy. Zasiadasz do biurka i Twoim oczom ukazuje się kilka–kilkanaście maili, z których przynajmniej połowa wymaga pilnej odpowiedzi. Poziom stresu wzrasta niemiłosiernie. Spróbuj poprosić szefa o zmianę godzin pracy, np. z 8.00–16.00 na 7.00–15.00. Zwykle będziesz w biurze jako pierwszy. W ciszy zaparzysz sobie kawę bądź herbatę, a później będziesz miał co najmniej 45 minut na przejrzenie maili i udzielenie odpowiedzi na najpilniejsze z nich. Ot, takie łagodne wejście w codzienną rzeczywistość.

Jednym z objawów zbliżającego się załamania nerwowego jest przekonanie, że wykonujemy niezwykle ważną pracę.

Bertrand Russell

Czy masz neurotyczny zwyczaj bezwiednego sprawdzania poczty przychodzącej? Klikasz w ikonkę „Odbierz”, pisząc tekst, wypełniając tabelkę, obrabiając grafikę czy rozmawiając przez telefon? Marnujesz energię na sprawdzanie wiadomości, które możesz przeczytać za kilka minut czy nawet godzin i nic wielkiego by się nie stało? Jeśli tak, najwyższy czas się ocknąć! Takie zachowania zwyczajnie nie mają sensu. Jeśli nie ma jakiejś szczególnej potrzeby, program pocztowy włączaj dwa–trzy razy dziennie. Gdy ktoś będzie potrzebował od Ciebie pilnej odpowiedzi, to i tak do Ciebie zadzwoni. Póki tak się nie dzieje, nie rozpraszaj się bez potrzeby i zajmij się tym, co naprawdę jest w danej chwili istotne.

Jeśli zdarza Ci się wdawać w zupełnie bezproduktywne rozmowy telefoniczne z ludźmi, którzy nierzadko wcale nie mają ochoty rozwiązać problemu, ale uwielbiają w nieskończoność o nim rozprawiać, pora z tym skończyć! Wiesz zapewne, iż osoby takie potrafią wyprzeć się wcześniej podjętych ustaleń, jeśli takowe zapadły (całkiem popularna metoda działania różnej maści szarych eminencji biurowych). By zaoszczędzić czas i nerwy, postaraj się w miarę możliwości wysyłać współpracownikom i klientom e-maile nakreślające daną sprawę. Rozwiązanie przyjdzie zwykle o wiele szybciej, a dodatkowo Ty sam będziesz miał podkładkę (zwaną niekiedy „dupochronem”), że nie zignorowałeś zaistniałego problemu i podjąłeś stosowne działania, by go rozwikłać.

Jeśli nadużywasz kawy, która — choć pyszna i podnosząca poziom energii — w nadmiarze powoduje u Ciebie drgawki i nadmierne pobudzenie, pora zastosować sposób z krajów 66 południowych. Większości osób do normalnego funkcjonowania wystarczają dwie duże filiżanki kawy. Z drugiej strony — po ich wypiciu ludziom brakuje zarówno odruchu sięgania po ten szczególny napój, jak i jego smaku. Rozwiązanie? Kup sobie maleńką filiżankę (taką, jakiej używają między innymi we Włoszech, i w jakiej de facto powinno się pić espresso). Zapewne będziesz kursował po kawę kilka razy częściej, ale w naturalnym odruchu zaczniesz pić ją wolniej i raczej nie przekroczysz bezpiecznej dla siebie dawki kofeiny. A dodatkowo częściej będziesz rozprostowywał kości — taki mały substytut gimnastyki, którą w biurze raczej trudno wykonywać.

Jeśli jesteś osobą palącą, z pewnością już dawno zauważyłeś, że papierosy wypalane w pracy, zamiast relaksować, często tylko potęgują stres. Nie wiem czemu tak się dzieje, ale na przykład zawsze na „fajku” ktoś dzwoni na naszą komórkę… Co więcej, by móc zapalić, trzeba często wsiąść do windy, zjechać kilka pięter w dół, przejść przez kilka długich korytarzy i wyjść na zewnątrz (a później oczywiście wrócić tą samą drogą). Dodatkowo każdy palacz wie doskonale, że papieros wypalany w upale, przy silnym wietrze, na deszczu bądź przy kilkunastostopniowym mrozie nie niesie ze sobą aż tyle przyjemności. Mała podpowiedź: zacznij palić za biurkiem. Wiem, otwierasz teraz oczy ze zdziwienia, dlatego dodam tylko, że ja sam już dawno temu przerzuciłem się na papierosy elektroniczne. Prawie nie dymią, w ogóle nie smrodzą, no i najprawdopodobniej są dużo mniej szkodliwe (zawierają co prawda nikotynę, ale nie zawierają tysięcy innych, podejrzanych substancji, w tym na przykład cyjanowodoru).

A do kawy smakują niemal tak samo dobrze, jak zwykłe papierosy. Naprawdę warto spróbować. Tym bardziej że ceny elektronicznych papierosów są coraz niższe, a i samo ich palenie jest mniej kosztowne, niż papierosów tradycyjnych.

Być może posiadasz w pracy tablicę korkową, wiszącą gdzieś przy Twoim biurku. Jeśli nie pracujesz ze śmiertelnie poważnymi ludźmi, w szczególności z takowym szefem, obok kalendarza, planów rocznych, tabel i listy telefonów, zawieś na niej rysunki i hasła, które wyjątkowo Cię rozbawiły. Zmieniaj je co kilka tygodni, kiedy przestaniesz je już zauważać. Będzie to znak, że ich antystresowa moc nie działa na Ciebie już tak jak wcześniej. Bardzo prawdopodobne jest, że od osób odwiedzających Twój pokój zaczniesz zbierać słowa uznania związane z trafnością wyboru kolejnych wywieszek. Być może też znajdziesz wśród nich naśladowców (ludzie bywają na ogół mało odważni, ale jeden śmiałek może pociągnąć za sobą tłumy).

Naucz się minimalizować ilość rozpraszaczy, które sam sobie fundujesz. Poza wyżej wymienionym odbieraniem e-maili, unikaj rozpoczynania dnia od czytania wiadomości (jak można nie popaść w zły nastrój, bądź nie nabawić się fobii, widząc nagłówki w stylu „siedemdziesiąt osób zginęło, a dwieście czterdzieści zostało rannych…”, „Zabił, zgwałcił i zakopał…” czy

„Rząd zapowiedział kolejne cięcia budżetowe…”). Nie bierz udziału w bezproduktywnych konwersacjach. Nie wychodź na obfite, nie do końca zdrowe obiady. Spróbuj zadowolić się przygotowanymi własnoręcznie kanapkami albo kup sobie paczkę orzechów. Będziesz miał dzięki temu więcej czasu na pracę, którą i tak musisz wykonać, i o wiele mniej stresu.

Przede wszystkim jednak będziesz dużo bardziej skoncentrowany na bieżących zadaniach.

Pochwała pracy jest jednym z najgorszych bzików współczesności.

Hagiwara Sakutaro

Nie wyrabiaj nadgodzin, gdy nie ma takiej potrzeby. W większości firm panuje przekonanie, iż nie wypada wychodzić z pracy punktualnie, mimo że daną godzinę jej zakończenia wskazuje zwykle podpisana wcześniej umowa pracodawca — pracownik. W rzeczywistości dobrze planując swój czas, człowiek jest w stanie wykonać zadania przypisane na dany dzień w ciągu wyznaczonych ośmiu godzin. Jeśli nie wszystkie, to przynajmniej te najważniejsze. Co więcej, w niektórych krajach (jak choćby w Niemczech) notoryczne zostawanie po godzinach traktowane jest przez przełożonych podejrzliwie i świadczy o braku umiejętności organizacji swojej pracy, co nie jest zresztą bezpodstawne.

Jak ognia unikaj osób, które gadają dla samego gadania i nic z tego nie wynika. Ci amatorzy częstych, długich zebrań, spotkań i telekonferencji z całych sił starają się uchodzić za pracowników wiecznie zawalonych robotą. Po biurze poruszają się z obowiązkową stertą papierów w rękach, z ciekawskim spojrzeniem zaglądają do cudzych pokoi i boksów, a rozpoczynając rozmowę, w mgnieniu oka się rozsiadają, dając sygnał, że będzie ona długa (i potwornie męcząca dla drugiej strony, ale z tego nie zdają już sobie sprawy). Oczywiście to te właśnie osoby najdłużej zostają po godzinach. Oto co w kwestii takich osobników ma do powiedzenia Timothy Ferriss:

Nie zachęcaj ludzi do pogaduszek, nie pozwalaj im paplaćbez sensu. Niech natychmiast przechodzą do sedna sprawy. Jeśli kręcą lub próbują odłożyć to do następnej bliżej nieokreślonej rozmowy, sprowadź ich na ziemię — niech powiedzą, o co chodzi. Jeśli zaczynają długo i szczegółowo opisywać problem, przerwij im („John,  przepraszam, że ci przerywam, ale za pięć minut mam inną rozmowę. W czym mogę ci pomóc?”). Możesz też zamiast tego powiedzieć: „John, przepraszam, że przerywam, ale za pięć minut mam inną rozmowę. Czy możesz wysłać mi e-mail?”.

Mam nadzieję, że część z powyższych sposobów umilenia sobie biurowego życia zostanie przez Ciebie wykorzystana.

Spróbuj przeanalizować własne nawyki i przyzwyczajenia i pomyśl, jakich korzystnych zmian mógłbyś dokonać w tym obszarze. Pamiętaj, że czasami nawet jedna mała zmiana może spowodować ogromną różnicę w Twoim samopoczuciu i podnieść Twoją efektywność. 

  

 

<<<KLIKNIJ TUTAJ I ODBIERZ PREZENTY>>>

 

Jak wybrać zawód? Jaki kierunek studiować?

Zawody przyszłości, czyli cała prawda o rewolucji na rynku pracy, nowych profesjach i specjalizacjach

Bogumiła Reczek:

 Z czego się bierze sukces zawodowy?

Co to jest sukces zawodowy? Przeciętny człowiek odpowie, że jest to dobra praca. „Dobra” rozumiana jako dobrze płatna i stabilna (lub w odwrotnej kolejności). Badania pokazują, że mężczyźni zdecydowanie częściej na pierwszym miejscu stawiają pieniądze. Te osoby, które wybrały pieniądze w drugiej kolejności, cenią stałość i satysfakcję. Badane osoby – wybierając 2 spośród 4 składników dobrej pracy: płaca, satysfakcja, stałość i prestiż – zupełnie pomijały prestiż, co dowodzi, że wobec pieniędzy stracił on na wartości lub (wariant bardziej prawdopodobny) to po prostu pieniądze przejęły wartość prestiżową.

Pojęcie sukcesu zawodowego należy jednak traktować znacznie szerzej. Myślę, że jest to pasja, poczucie spełnienia, uznania, szacunku, motywacji do następnych działań. To również zaufanie i wsparcie, które otrzymujesz od otoczenia w złych chwilach. I to, zdaje się, jest najlepszym prezentem niepieniężnym, jaki można sobie wyobrazić. Dla zdecydowanej większości ludzi jednak sukces będzie kojarzył się wyłącznie z pieniędzmi.

Szukając odpowiedzi na pytanie, skąd bierze się sukces, należałoby zacząć od dzieciństwa. Zdecydowanie doniosłą rolę (trudno jednoznacznie określić, czy dominującą) przyznałabym wychowaniu w domu rodzinnym i osobom, które miały wpływ na nasze wychowanie (nie chodzi koniecznie o rodziców). Niektórzy ludzie po prostu poprzez wychowanie są programowani na sukces i przebojowość. Innym wpaja się, że największy sukces życiowy to w ogóle jakakolwiek praca. Jesz­cze innym wcale nie przekazuje się schematów dotyczących życia zawodowego. To, w jakim otoczeniu się wychowaliśmy i jakie wzorce zostały nam przekazane, podświadomie albo świadomie jest drogowskazem na przyszłość. Można o czymś marzyć i nigdy tego nie osiągnąć, bo w rodzinnym domu powtarzano, że nie za­sługuje się na to czy na tamto albo porównywano: „Nie jesteś taki dobry jak Twój kuzyn” itd. Można też przybrać zupełnie przeciwną postawę: za wszelką cenę dążyć w życiu do osiągnięcia sukcesu.

Wchodząc jednak w dorosłość, masz wybór i możesz kierować swoimi wyborami życiowymi samodzielnie. Myślę, że sukces zaczyna się w naszych głowach, a po­tem, za sprawą naszych cech charakteru i wielkiej determinacji oraz poświęcenia, materializuje się w czynach i osiągnięciach. Jedynie laik patrzący z boku może myśleć, że powodzenie przychodzi z powodu zbiegu okoliczności! Jeśli ktoś ma szczęście, to zazwyczaj szczęście do tego, że potrafi ciężko pracować. Nie mówię, że niepotrzebny jest sprzyjający los, jednak takie pozytywne okoliczności spotykają każdego, w mniejszym lub większym stopniu. Grunt, aby je dostrzec. To jest mniej więcej tak jak z pannami, które szukają mężów, mają wokół pełno porządnych kandydatów, ale wciąż czekają na kogoś innego, aż w ostateczności rozżalone wybierają najgorszy z możliwych „męskich wariantów”, ponieważ jest za późno, by któryś z tych porządnych zainteresował się nimi.

Sukces za wszelką cenę nie zawsze jest opłacalny. Presja otoczenia, aby być pięk­nym (bo to ułatwia zrobienie kariery już nie tylko modelkom!), prowadzi do drakońskich diet i głodówek, a te z kolei do bulimii i anoreksji. Piękny wygląd jest istotnie współcześnie pożądany w środowisku pracy i poza nim, bo któż nie wolałby otaczać się pięknem zamiast brzydotą. Wszystko jednak ma swoją cenę i za wszystkie niezdrowe „eksperymenty” przyjdzie kiedyś zapłacić, i to niestety najdroższym, co mamy: zdrowiem.

Często znajduję w mediach informacje typu: zaprogramuj się na sukces – owszem, ale tylko i wyłącznie wtedy, gdy czujesz się z tą myślą naprawdę komfortowo i nie kosztuje Cię to pozbawienia się własnego „ja”. Sukces może odnieść absolutnie każdy, kto tego naprawdę pragnie. Kosztuje to wiele wyrzeczeń, nierzadko nie­przespanych nocy i utraconych chwil. Ale wszystko ma swoją cenę i im więcej oczekujemy, tym więcej musimy poświęcić. Sukces zawodowy potrafiprzełożyćsię na sukces osobisty, tak samo jak sukces osobisty zdecydowanie pomaga suk­cesowi zawodowemu.

Chciałabym jednoznacznie powiedzieć, że nie ma powodzenia bez ciężkiej pracy. Jedynie głupiec może myśleć, że ktoś coś dostał od losu. Nawet jeśli otrzymasz jakiś dar czy majątek, i tak będziesz musiał włożyć wysiłek w to, aby go utrzymać. Większość osób, które jednego dnia zostały bogaczami w wyniku dużych wygra­nych, w ciągu krótkiego czasu stawały się znów tymi samymi biednymi ludźmi. Po prostu zgubił ich brak umiejętności zarządzania pieniędzmi, ten sam brak, który spowodował, że przez całe życie te osoby były biedne!

Gdybyś zapytał mnie o przepis na udane życie zawodowe, powiedziałabym: nie kieruj się trendami ani modą, patrz realnie i świadomie na świat i potrzeby rynku pracy.

Wybierając zawód, kieruj się: zainteresowaniami, predyspozycjami, ogólnymi umiejętnościami,

 umiejętnością komunikacji,

 analitycznym myśleniem,

 zdolnością uczenia się,

 znajomością technologii.

Nie zapominaj, że istnieje coś takiego jak POWOŁANIE!

Unikaj studiowania czy uczenia się kierunku, który Cię nie interesuje. Staraj się nie eksperymentować zbytnio ze swoim życiem zawodowym. Pewnego dnia możesz się ocknąć i stwierdzić, że masz 56 lat i że jest trochę późno na drastyczną zmianę zawodu. Życie jest jedno, a utracony czas i energia – nie do odzyskania. We wszyst­kich dziedzinach życia rachunek ekonomiczny zaczyna odgrywać decydującą rolę, a świat staje się bezosobowy. Maszyna zastępuje człowieka wszędzie tam, gdzie to tylko możliwe. Coraz bardziej pożądani są ludzie inteligentni i zdolni, o nastawieniu twórczym i wynalazczym, w dalszej kolejności osoby nakierunkowane jedynie na wykonywanie prac odtwórczych i nadzorczych.

Tylko ludzie pracujący z pasją, zaangażowaniem i wiarą w to, co robią, mają szansę na prawdziwy sukces. Podążaj zatem wyznaczoną drogą, nie rezygnuj z marzeń i nigdy nie zamykaj przed sobą drzwi do prawdziwej wolności zawodowej.

 Więcej porad i opisów 75 zawodów przyszłości znajdziesz tutaj>>>

Podobny wpis>>>

 

 

 

<<<ZAPISZ SIĘ NA NEWSLETTER I ODBIERZ DARMOWE BONUSY>>>

 

 

Chmurka tagów

%d blogerów lubi to: