wejdź na www.metanoja.pl

Posts tagged ‘idealny związek’

Dlaczego ludzie się rozwodzą?

Pomimo tego, że rozwód staje się coraz częstszym, powszechniejszym zjawiskiem w naszym społeczeństwie i na wielu portalach próbuje się nas przekonać, że rozwód nie jest czymś złym – to chyba każdy, kto doświadczył tej sytuacji może powiedzieć, że była to najgorsza rzecz, jaką spotkał w życiu.

 Na psychologicznej skali stresu rozwód jest na drugim miejscu, zaraz po śmierci współmałżonka. Jest więc jednym z najbardziej poruszających, przykrych i negatywnych wydarzeń, jakie może doświadczyć człowiek w życiu.

Już samo to stwierdzenie powinno skłonić do głębszego myślenia i zastanowienia się nad tym, myślę ostatecznym rozwiązaniem relacji.

Nie ma sprawdzonej recepty na udany związek, przepisu, planu, którego jeśli będziemy się trzymać to na pewno nam się uda. Związek jest dynamicznym organizmem, który tworzy dwoje ludzi. Ulega on nieustannym przemianom pod wpływem czasu, doświadczeń, zmian naturalnych i tych nagłych, niezaplanowanych.

Czyja to wina?

Za to, co się dzieje w relacji, odpowiedzialność ponoszą przeważnie dwie osoby, to, czy w związku jest dobrze, źle, czy właśnie zaczyna się coś psuć, zazwyczaj jest wynikiem spadku zaangażowania, dbania o relację u którego dochodzi po części u obu ze stron.

 Związek, aby był satysfakcjonujący, musi spełniać kilka kryteriów:

poczucie bezpieczeństwa

 zaufanie, zaangażowanie

 szacunek

 wsparcie

 troska o partnera

 i najważniejsze, choć nie jedyne i wystarczające – uczucie.

W zależności od naszych potrzeb, doświadczeń życiowych i przekonań będziemy na jedne aspekty zwracać większą uwagę a na inną mniejszą, a im więcej tych czynników zbagatelizujemy, tym z większą siłą mogą się dać we znaki wraz z trwaniem relacji.

 W każdym, nawet tym na pozór idealnym związku wcześniej czy później dochodzi do konfliktów – mniejszych czy większych. Jest to nieuniknione i naturalne w relacji dwojga ludzi – jeśli w jakimś związku nie ma różnicy zdań, kłótni to znaczy, że jedna z osób z jakiś przyczyn nie wyraża lub nie broni swojego zdania, szczęśliwy związek może być tu tylko pozorem.

 Czym jest ta różnica charakterów?

Jak podają statystyki, najczęstszym powodem rozwodów w Polsce jest różnica charakterów, potem zdrada. Przecież charakter człowieka na przestrzeni czasu nie ulega większym zmianom. Dlaczego dopiero teraz zostaje to zauważone, po nieraz 10, 15 latach? Co się kryje pod tym stwierdzeniem?

 Często można usłyszeć o jakimś małżeństwie “oni ostatnio często się kłócili”. Sama różnica zdań, sprzeczka, kłótnia w związku nie jest czymś złym, świadczy o tym, że partnerzy mają odmienne zdanie w jakiejś kwestii. To, co jest negatywne i destrukcyjne dla relacji to sposób rozwiązania tej sytuacji.

Gdy jedno z małżonków czuje się odtrącone przez drugiego, czuje się osamotnione, wykorzystywane lub brakuje mu jakiś ważnych aspektów w relacji, jak na przykład wsparcia, zrozumienia czy szacunku – powinno o tym mówić, rozmawiać, poruszać ten temat. To najprostszy i najszybszy sposób na zareagowanie, gdy widzimy, że w związku zaczyna być „coś nie tak”.

 Brak rozmowy, szczerej rozmowy o tym, co jest nie tak w związku, jest jedną z pierwszych przyczyn pogorszenia relacji, potem, gdy zaczyna się to nawarstwiać, dochodzą inne problemy i napotykane trudności, sytuacja zaczyna przerastać obie strony.

 W dzisiejszym świecie bardzo trudno “zapomnieć” o drugiej osobie – ciągła praca, zajęte weekendy, coraz więcej obowiązków, stres, sprawiają, że w związku zaczynamy funkcjonować na zasadzie, jak nam się wydaje “niezbędnego minimum”, ale po czasie okazuje się, że i to było za mało, aby utrzymać satysfakcjonującą relację.

O uczucie, relację w związku trzeba dbać jak o kwiaty w ogrodzie – stale pielęgnować, podlewać, chronić przed szkodnikami, wyrywać chwasty, które z czasem zaczęłyby dominować w ogródku. Ludzie często o tym zapominają, myśląc że jak na początku jest w porządku to tak będzie zawsze, “teraz się bardzo kochamy, cóż może to zmienić?”. A potem pojawiają się różne trudności, problemy, kłopoty z którymi zamiast radzić sobie razem, wspierać się – małżonkowie zwracają się przeciw sobie, oddalają się od siebie, często obwiniając siebie nawzajem za zaistniałą sytuację.

 Klamka zapadła?

W pewnym momencie zapada decyzja o rozwodzie. Czasem zbyt szybko, w przypływie silnych emocji, które nie są najlepszym doradcą. Tak jak decyzja o zawarciu małżeństwa powinna być poprzedzona poważnymi rozważaniami i nie powinna być podejmowana pochopnie, tak samo decyzja o formalnym zakończeniu relacji powinna być podjęta po długotrwałym, starannym namyśle.

 Warto zadać sobie pytania:

Czy na prawdę nic już nie da się zrobić dla tego związku?

 Czy rzeczywiście nie ma sposobu na to, aby uratować ten związek?

 Czy zostało zrobione wszystko, co możliwe, czy zostały dołożone wszelkie starania, aby dać szansę na ratunek tej relacji?

Czasem, gdy wydaje się, że wszystko stracone, że nie ma szans na porozumienie, czy nawet na odpowiednią relację, warto zwrócić się o pomoc do osoby niezależnej, obcej – mediatora – która obiektywnie, nie trzymając żadnej ze stron, spojrzy na relację z perspektywy obserwatora.

 Czasem jest to pierwszy, potrzebny krok do tego, aby zacząć patrzeć na swoją osobę, na osobę małżonka z innej perspektywy. Czasem właśnie ta inna perspektywa jest potrzebna do tego, aby móc zobaczyć na nowo w małżonku tę osobę, w której przed laty się zakochaliśmy, która nas oczarowała swoim uśmiechem, podejściem do życia czy inną cechą, którą przez lata przestaliśmy zauważać.

 Przecież kiedyś łączyło nas głębokie uczucie – co się z nim stało? Co się z nami stało?

 Czasem tak niewiele potrzeba, aby przypomnieć sobie to dawne uczucie, aby znaleźć w sobie dodatkowe pokłady energii i nadziei, aby jeszcze raz podjąć walkę o związek, o tę drugą osobę.

 Znów się zepsułeś, więc wiem co zrobię…

Żyjemy w czasach, w których dużo rzeczy jest o ograniczonej przydatności – telefon komórkowy wymienia się wraz z nową umową, komputer, aparat – szybko wychodzą nowe, lepsze modele, można łatwo sprzedać stary i nabyć nowy. Ubrania często wymienia się wraz z nowym sezonem. Coś, co zaczyna być stare, niemodne, nieprzydatne, przeszkadzające, w miarę łatwo można wymienić na nowszy model.

Dlaczego tak samo nie można zrobić z małżonkiem? Złe porównanie? A może właśnie tak zaczynamy postrzegać otaczającą nas rzeczywistość? Jako rzeczy, które mają nam jak najlepiej służyć, mamy czerpać z nich jak najwięcej korzyści, a gdy się okaże, że są nieprzydatne lub zaczynają coraz więcej od nas wymagać – najlepiej jest… się ich pozbyć.

 Wielu z nas zapomina, że związek z drugą osobą to nie tylko przyjemności i radości, ale także smutki, poświęcenie, ustępstwa, wypracowane kompromisy, które są nieodłącznym elementem życia z drugą osobą, tylko z jakiś przyczyn zależy nam na tym, aby je od siebie jak najdalej odsuwać.

W pewnych przypadkach przybiera to postać dbania tylko o własne dobro, o własny interes, zupełnie ignorując tę drugą stronę. “Należy mi się”, “moje potrzeby są najważniejsze”, “mam prawo” – owszem, ale to samo można zbudować w relacji z inną osobą, nie tylko jej kosztem.

 Z serdecznym pozdrowieniem, Dorota Wysokińska, psycholog

psychorada>>>

ODBIERZ PREZENTY>>>

Przyjaźń z mężczyzną. Etapy związku.

Piotr Mart ” Tajemnice męskiego umysłu” (fragment):

Po co Ci przyjaźń z mężczyzną, jeśli jesteś jego partnerką?

Być może jesteś na początku szczęśliwego związku z mężczyzną i zastanawiasz się: „Po co mi ta książka? Przecież jestem jego przyjaciółką, a on może mi zawsze powierzyć wszystkie swoje sekrety?” Ale jakoś wszystkich sekretów nie powierza i możliwe, że zwierza Ci się sporadycznie, a z pewnością nie tak często, jak Ty tego oczekujesz.

Być może między Wami jest niemalże idealnie, wręcz sielankowo.

Rzadko się kłócicie. Być może oboje macie pracę. Być może dobrze zarabiacie i niczego Wam nie brakuje. Być może jeździcie na wspólne wakacje, kochacie się… pociąga Was Wasza fizyczność, być może macie wspólne zainteresowania i odnosisz wrażenie, że to właśnie jest przyjaźń. Tyle że, jak głosi stare przysłowie:

Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.

W rzeczywistości, nie wiesz (jak pisał Adam Mickiewicz), „czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie”. Chciałabyś być jego przyjaciółką, niemniej nie wiesz, jak to sprawdzić i ewentualnie tego dokonać. Być może nawet nie zadajesz sobie tego pytania, bo wszystko jest dobrze – wszak Wasza miłość kwitnie. Ale wiesz, jaki jest problem?

W związku jest zielona, ciepła wiosna; jest żółte, gorące lato; jest brązowa, chłodna jesień i jest też biała, mroźna zima. Wiele par nie będąc świadomymi tego, gdy dochodzi do zimy, definitywnie się rozchodzi, ponieważ na zimę nigdy się nie przygotowywali.

Jeśli nie jesteś jego przyjaciółką, to gdy nadejdzie zima, Twój związek – nawet, gdy będzie trwał jeszcze fizycznie – przestanie istnieć emocjonalnie. Wasz związek stanie się jak martwe drzewo, które jeszcze stoi w ziemi, ale nie okazuje żadnych oznak życia i już żadnej wiosny nie zakwitną na nim pąki, a samo drzewo już nigdy nie wyda owoców.

Wiosna związku

To okres, kiedy dopiero poznajesz mężczyznę. Zakochujesz się w nim, a on w Tobie. Jesteście sobą zafascynowani, a wręcz oczarowani.

Wasz związek przypomina baśniową krainę, gdzie wszystko jest kolorowe i pozbawione negatywów. Nie dostrzegasz w nim wad, ani on nie widzi ich w Tobie.

Lato związku

Lato w związku to okres, kiedy para z okresu fascynacji i zauroczenia sobą przechodzi do „konsumpcji”. Teraz zrywacie plony swojej miłości.

Dużo spędzacie ze sobą czasu; pobieracie się; planujecie powiększyć rodzinę. Jesteście szczęśliwi w swoim towarzystwie. Jeździcie na  wspólne wakacje. Namiętnie się kochacie… Oboje macie pracę, brak obowiązków i powziętych zobowiązań, które mogłyby negatywnie wpływać na Wasze nastroje.

Jesień związku

To pierwsze oznaki zastoju. Miłość już nie jest taka, jak dawniej: nie ma już takiej fascynacji i uwielbienia, jak wiosną czy nawet latem.

Coraz częściej i coraz więcej zauważacie w sobie wad, ale to jeszcze nie ten okres, kiedy je głośno wypowiadacie. Na świat, w uczuciu szczęścia, ale i obaw, przychodzą Wasze pierwsze dzieci. Życie nakłada na Wasz związek coraz więcej zobowiązań.

Zima związku

To okres, kiedy w Waszym związku zaczynają się problemy. Teraz posiadacie więcej obowiązków i zdecydowanie za więcej jesteście odpowiedzialni niż wiosną i latem. Zmieniająca się pora roku wpływa na Was stresująco. Zaczynają się problemy. W życiu zawodowym awansujecie bądź zmieniacie pracę (lub też ją tracicie), a Wasze wydatki i potrzeby materialne zamiast spadać, ciągle rosną. Zapominacie już o miłości, jaka dawniej Was łączyła, a teraz częściej myślicie o brakach i wadach charakteru swojego partnera. Nie wspieracie się wzajemnie, a niemal nieustannie oskarżacie. Jest coraz więcej agresji i coraz mniej zrozumienia. Może Wam brakować środków finansowych i zamiast się wspierać w tym momencie, zrzucacie na siebie nawzajem odpowiedzialność za ten stan rzeczy.

W końcu wszystko, co najgorsze mija. Przychodzi wiosna, jednak miłość i fascynacja razem z wiosną nie powraca. Nie macie już takich problemów, jakie mieliście zimą, zupełnie inaczej patrzycie na siebie… bez miłości. Stajecie się dla siebie niemalże jak obcy ludzie mieszkający pod jednym dachem. Oboje zauważacie z żalem, że nie jest to coś, co Wam odpowiada.

Zupełnie inaczej jest, gdy nadchodzi zima, a Wasze wzajemne relacje cechuje przyjaźń i zrozumienie. Opis takiego związku może się przedstawiać następująco:

Zima w związku, gdy partnerów łączy przyjaźń

To okres, kiedy w Waszym związku zaczynają się problemy. Teraz posiadacie więcej obowiązków i za więcej jesteście odpowiedzialni niż wiosną i latem. Zmieniająca się pora roku wpływa na Was stresująco.

Zaczynają się problemy w pracy, awansujecie, zmieniacie pracę lub też ją tracicie, a Wasze wydatki i potrzeby materialne zamiast spadać, ciągle rosną. Jednak jako przyjaciele wspieracie się wzajemnie: teraz sprawdza się to, jak silna jest Wasza przyjaźń. Podnosicie siebie wzajemnie na duchu i wskazujecie, że problemy, to tylko stan przejściowy, a ich obecność jedynie umocni Wasz związek. W końcu mija zima, lody topnieją, problemy znikają i nastaje wiosna.

Jako kobieta zmieniasz się na lepsze, a mężczyzna także jest bardziej na Ciebie otwarty. Rozpoczyna się nowa, wzajemna fascynacja, jak to zazwyczaj bywa wiosną. Coraz więcej spędzacie ze sobą czasu, chodzicie na spacery, zaskakujecie siebie, jesteście spontaniczni, zakochujecie się w sobie jeszcze bardziej. Oboje odkrywacie nowe, ciekawe strony swoich osobowości. Pragniecie siebie także bardziej fizycznie i ogromną satysfakcję sprawia Wam zaspokajanie tychże pragnień.

W końcu nastaje lato, następnie jesień i zima, a żadne przeciwności losu dla Was, jako przyjaciół, nie stanowią problemu. Przeciwnie, umacniają Wasz związek jeszcze bardziej.

Czyż nie tego właśnie pragniesz dla siebie i swojego partnera? Czy nie pragniesz szczęścia, miłości, wsparcia i zrozumienia? Jeśli tak, to jest tylko jedno rozwiązanie: musisz zostać jego przyjaciółką!

  

 

 

<<<KLIKNIJ TUTAJ I ODBIERZ PREZENTY>>>

MY – czyli jak być razem. Recepta na idealny związek część III

Recepta na idealny związek według Tadeusza Niwińskiego:

 Nie obawiam się jutra, bo widziałem wczoraj i kocham dzisiaj.

William Allen White

4. Wewnętrzne dziecko

Trzeba umieć być z sobą, żeby umieć być z kimś.

Sznurowanie butów

Bycie sobą jest wbrew pozorom jedną z największych umiejętności. Od dziecka uczymy się, jak dostawać to, czego potrzebujemy: suchą pieluszkę, jedzenie, ochronę, towarzystwo, czułość…

Instynktownie próbujemy wymóc zaspokajanie tych potrzeb krzykiem czy płaczem; potem uczymy się uśmiechać. Metody zaspokajania własnych potrzeb zmieniają się w miarę jak rośniemy. Jesteśmy uczeni „grzecznego zachowania”, co często sprowadza się do tresury. Uczymy się, jak „należy” postępować, nie reagować spontanicznie i „dziecinnie”. Wiele z tych nauk ma sens z punktu widzenia rodziców i społeczeństwa, ale niekoniecznie jest w naszym interesie. W procesie tej „nauki” często gubimy swoją prawdziwą osobowość. Szybko zaczynamy rozumieć, co wolno, a czego nie wolno. Wpajamy sobie, że nie można za dużo wymagać, że „trzeba”, że „wypada”, że „muszę”.

Zdolność rozumowania dziecka jest ograniczona — głównie z powodu braku wiedzy o świecie. Podstawowe wykształcenie człowieka trwa wiele lat, a daje tylko bardzo ogólne pojęcie o rzeczywistości (nie mówiąc już o zawiłościach psychologii naszego ja, które jest prawie zupełnie ignorowane w szkole). Nic dziwnego, że większość dzieci „idzie na skróty” i rozumienie świata zastępuje nawykami, które skutecznie prowadzą do zaspokajania potrzeb i unikania bólu. Ich motywacja jest więc oparta na interesach najbliższego otoczenia w momencie kiedy nawyki te powstawały.

Sznurowanie butów może być bardzo prostym przykładem ilustrującym działanie tego mechanizmu. Ciągle zabiegana i zapracowana mama wiąże dziecku buty, bo tak jest szybciej. Próby samodzielności są potępiane (najczęściej zupełnie nieświadomie).

Dziecko uczy się bierności, a także dowiaduje się o sobie, że „nie potrafi”. Dlatego później w wieku dorosłym też tak podchodzi do życia: „Nie potrafi” i czeka, aż jakiś autorytet rozwiąże jego problemy i powie mu, co ma robić. Historia daje stale przykłady ludzi czekających na Godota i dobrowolnie podążających za cwaniakami, którzy obiecują, że im załatwią, i że będzie dobrze. Kiedy zaglądam na przykład do internetowego wydania „Życia Warszawy” i czytam, jak ludzie dają się nabierać.

W tym bierze początek wiele tragedii życiowych aż ciśnie się na usta: „Matki, przestańcie wreszcie sznurować dzieciom buty, bo to się źle skończy!”.

Nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak bardzo nasze zachowanie zależy od nawyków wyniesionych z dzieciństwa, a nie wynika z rozumienia zmieniającego się świata. Jak niewielu dorosłych ludzi czyta książki pozwalające z szerszej perspektywy spojrzeć na rzeczywistość! Jak niewielu ludzi czyta książki w ogóle!

Jest to powszechne zjawisko. Wypracowawszy sobie skuteczne (na pewnym etapie życia) metody zaspokajania potrzeb i unikania bólu, uparcie w nich tkwimy, nawet jeśli wymaga to wyparcia się pewnych aspektów swojej osobowości i „noszenia maski”. Wierzymy, że są one skuteczne, tylko dlatego że kiedyś były, nawet jeśli zaczynają dawać odwrotne rezultaty. Sparaliżowani doświadczeniami z dzieciństwa i młodości przestajemy dostrzegać konieczność stałego uaktualniania swojego spojrzenia na świat. Nie rozumiemy, jak ważne jest używanie umysłu i zaufanie do potęgi tego narzędzia. W tym bierze początek wiele tragedii życiowych.

Fotografia

Jest naturalne, że każdy chce być ważny i znaczyć coś dla innych; być kimś w społeczeństwie. Świat jest zwierciadłem, w którym się przeglądamy. Inni ludzie, poprzez reakcje w stosunku do nas, pozwalają nam zobaczyć własne „odbicie”. Chcemy, aby było ono jak najlepsze. Są dwie recepty na „dobre zdjęcie”:

1. Dbać o siebie, rozwijać się i naprawdę dobrze wyglądać albo

2. Retuszować zdjęcie. Ta druga metoda jest kusząco prosta.

Wystarczy przestać pozwolić się fotografować i zacząć wmawiać światu, że mną jest wyretuszowany portrecik. Szczególnie jeśli w głębi ducha wierzę, że nie jestem wiele wart i „brzydko wychodzę na zdjęciach” — wtedy łatwiej zdecydować się na to drugie…

Jeżeli stosujemy drugą metodę, zupełnie nie ma znaczenia, jak  naprawdę wyglądamy. Możemy przestać się o to martwić i się nie rozwijać. Wystarczy pilnować, żeby świat uwierzył, że ta fotografia to ja. Tylko tyle. Ale jak to zrobić? Jeśli nie traktujemy innych jako odbiorców naszego prawdziwego ja, naszych zalet, umiejętności i niepowtarzalnych talentów, a dajemy im tylko wyretuszowane zdjęcie, to wyłącznie je będą oceniali.

Jednak uznając prawo innych do oceniania nas na podstawie dostarczonego zdjęcia, dajemy im nad sobą władzę. Wystarczy uznać, że ważne dla nas sprawy zależą od nich i od tego, jak zaskarbimy sobie ich względy. Wówczas przestaje być istotne, co robimy, a zaczyna się tylko liczyć, jak inni nas oceniają. Przestaliśmy już być sobą, a dajemy przecież tylko nasze zdjęcie, więc wydaje się, że nic na tym nie można stracić. Decydując się na tę grę, wyrabiamy w sobie przekonanie, że świat nie jest obiektywną rzeczywistością — będziemy go widzieć tylko oczyma innych ludzi. W ten sposób nie fakty, ale oni, ich przekonania, poglądy, odczucia i emocje staną się naszym światem. Aby żyć, będziemy się więc starali zrozumieć innych, a nie siebie!

Będziemy próbować przypodobać się innym ludziom, a nawet zwodzić ich, manipulować, a także wykonywać ich polecenia i spełniać żądania po to, aby „świat” (rozumiany jako inni) był dla nas dobry. Będziemy dopasowywać fotografię do tego, co m się podoba, i będziemy coraz bardziej oddalać się od prawdziwego ja.

Być albo nie być

Jest to bardzo ważna koncepcja i trzeba ją dobrze zrozumieć.

Mamy do wyboru: być sobą albo nie być (jest też oczywiście cała gama postaw mieszczących się pomiędzy, którym się tutaj przyglądamy). Wiele na ten temat napisał Carlos G. Valles w książce „Odwaga bycia sobą”.

Być sobą znaczy akceptować siebie niezależnie od tego, jakie to robi wrażenie na innych. Będąc sobą, uczymy się i rozwijamy na podstawie reakcji ludzi na nasze autentyczne ja, a nie na maskę. Będąc sobą, nie wstydzimy się swoich ułomności i niedoskonałości.

Wiemy przecież, że „jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boże” albo że jesteśmy wspaniałym „pomnikiem materii”. Tak czy inaczej, cieszymy się tym. Reakcje innych ludzi są dla nas informacją, a nie celem do osiągnięcia.

Będąc sobą, przyjmujemy wartości i zwyczaje, dlatego że uznajemy je za właściwe. Z kolei nie będąc sobą, nie akceptujemy tego, kim jesteśmy. Mówimy sobie: „Przecież  grzesznikami” albo „To życie i tak jest nic nie warte” — i nie lubimy siebie. Wiedząc, że jesteśmy źli, koncentrujemy się tylko na zmianie reakcji innych ludzi na naszą korzyść, a nie na tym, aby zmienić siebie. Ważne staje się nie to, żeby nie kraść, ale to, żeby nas nie złapali; nie żeby nie kłamać, ale żeby się nie wydało (a jak się wyda, to żeby sąd uznał, że to nie szkodzi). Nie będąc sobą, przyjmujemy wartości i zwyczaje dlatego, że tak zostaliśmy nauczeni, a nie z głębokiego przekonania o ich słuszności. Ayn Rand nazywa to „życiem z drugiej ręki”. Smutne jest, że większość ludzi żyje w ten sposób: nie swoim życiem.

Pływając w basenie, często rozmyślam i takie mi kiedyś przyszło do głowy odkrycie. Basen podzielony jest na trzy części zaznaczone linami. W każdej z nich obowiązuje „pływanie wzdłuż”, co wyjaśniają odpowiednie znaki i napisy. Pływa się prawą stroną, jak najbliżej liny (albo brzegu), tak aby środkiem pasa można było się wyprzedzać — podobnie jak w ruchu drogowym.

Niektórzy ludzie pływają jednak środkiem. Znam ich z widzenia i wiem, że to nie jest jednorazowa pomyłka, ale nawyk.

Są to właśnie ludzie-zdjęcia, którzy nie chcą pokazywać swojego  prawdziwego ja. Pływają wolno, ale utrudniają wyprzedzenie ich w nadziei, że w ten sposób będą wyglądali na lepszych pływaków niż w rzeczywistości są. Prawdopodobnie robią to nieświadomie. W życiu dostrzega się wielu ludzi, którzy myślą, że będą lepsi nie przez doskonalenie się, ale przez uniemożliwienie innym, żeby ci ich „pokonali”. Jest to podobne do  dziecinnego rozumowania małego Jasia, który chce wygrać, podkładając ułożone karty. Można mnożyć przykłady ludzi, którzy nie lubią być sobą, a wolą być dmuchaną kukłą podziwianą przez otoczenie.

Bądź sobą

Nie można opierać swojego życia na wyretuszowanej fotografii.

Metoda ta nie jest skuteczna, gdyż w rzeczywistości liczą się przede wszystkim fakty, a nie przekonania innych ludzi. Świat jest taki, jaki jest, i nie zmienimy go przez manipulację, nawet jeśli przez długi czas będzie nam się wydawało, że to działa. Jedynym sposobem zmiany swojego obrazu jest zmiana siebie, doskonalenie i rozwój swojej osobowości.

Sztuczkę ze zdjęciem, czyli możliwość pokazywania światu maski  ostosowywanej do odbiorców, można odkryć w dowolnym momencie życia, ale najczęściej dochodzi do tego w dzieciństwie — kiedy myślenie  analityczne jeszcze nie zdąży się w pełni rozwinąć. Wtedy to najłatwiej przestać być sobą albo co najmniej nauczyć się uciekać od siebie, wypierać się swojego prawdziwego ja i ubezwłasnowolniać je, dlatego że przeszkadza nam w zdobywaniu od otoczenia tego, czego chcemy. Nie — świadomie poznawać siebie, zmieniać się, rosnąć i rozwijać się, ale po prostu odrzucić tego „złośnika”, tę „brzydulę”, „ciamajdę” — po prostu zaprzeczyć, że to ja. Pokazywać „wyretuszowane zdjęcie” i otrzymywać w zamian to, co nam jest potrzebne.

Jest to w końcu walka o przetrwanie, o uznanie przez otoczenie.

„Grzeczna dziewczynka” i „dobry chłopiec” szybko uczą się, jak zaspokajać swoje potrzeby i unikać bólu.

Nawyk bycia kimś innym, niż się jest, bywa bardzo głęboko zakorzeniony; wielu ludzi umiera w przekonaniu, że na tym właśnie polega życie. W małżeństwie, w którym intymność związku powoduje stopniowe zdejmowanie maski, bycie sobą jest szczególnie istotne. Jeśli nie potrafimy się całkowicie otworzyć przed najbliższą osobą, prędzej czy później pojawią się poważne problemy. Dobry związek trzeba zacząć od rozliczenia się z samym sobą i opanowania sztuki bycia sobą. Trzeba umieć być z sobą, żeby umieć być z kimś.

Kim jesteśmy

Przynosimy z sobą na świat całe mnóstwo cech dziedzicznych, zapisanych w DNA przez mamusię i tatusia. Rodzimy się z pewnymi talentami i predyspozycjami. Badania na bliźniakach jednojajowych, które były wychowywane oddzielnie, wykazują wyraźnie, jak wiele dziedziczność determinuje. W tym świetle twierdzenie, że można być w życiu, kim się chce, nie jest zupełnie prawdziwe. Wiadomo na pewno, że nie można być słoniem.

Skoro genetyka decyduje o wielu sprawach, dobrze jest jak najwięcej  iedzieć o „bagażu”, z którym przychodzimy na świat.

Mówiąc o „bagażu”, myślimy zwykle o ciężarze. Ale da się też spojrzeć na niego jak na zbiór skarbów, z których można skorzystać.

W tym sensie — w granicach własnego bagażu genetycznego — można być tym, kim się chce!

Dr Martin Seligman w książce „What You Can Change and What You Can’t” (Co możesz zmienić, a czego nie) podaje wyniki badań na ten temat z początku lat 90. I tak na przykład iloraz inteligencji w dużej mierze jest odziedziczony. Seligman wymienia tu także takie cechy, jak: religijność, tradycjonalizm, skłonność do alkoholu, zadowolenie z pracy, pogodę ducha, podatność na depresję, a nawet ilość czasu spędzanego przed telewizorem.

Uwarunkowanie to wcale nie znaczy jednak, że tych cech nie można zmienić. Seligman wymienia 16 problemów, uporządkowanych według stopnia uleczalności, zaczynając od najprostszych ataków lękowych przez różne fobie, depresje, alkoholizm, nadwagę aż do tożsamości seksualnej. Twierdzi, że tylko ta ostatnia nie może być zmieniona. To właśnie głęboko zapisana tożsamość powoduje, że lekarze zamiast leczyć „odchylenia” na coraz większą skalę po prostu zmieniają płeć pacjenta. Aby dowiedzieć się, jak ten fascynujący zabieg jest wykonywany, odsyłam do książki „Płeć mózgu” Anne Moir i Davida Jessela.

Prawda jest więc taka, że przychodzimy na świat w dużej mierze „zaprogramowani”. Na dodatek „programy” te były pisane tysiące lat temu, kiedy nie znano jeszcze samolotów, telefonów, radia, telewizji, komputerów, a o internecie nikomu się nie śniło!

Software (czyli oprogramowanie), z którym się rodzimy, był pisany dla zupełnie innych klientów i — jak to zwykle bywa z oprogramowaniem — nim został dobrze przetestowany, już był nieaktualny!

Druga strona medalu wygląda tak, że jesteśmy wyposażeni we wspaniały umysł, który — mając wprawdzie genetyczne uwarunkowania — jest „programowalny”. Nasz umysł jest zdolny do unieważniania zastanego „oprogramowania” i zastępowania go nowym, bardziej dostosowanym do zmienionych warunków.

Dzięki temu na przykład nie musimy rozbijać maczugą głowy każdemu, kto nas denerwuje. Dobrze jest jednak wiedzieć, że ten odruch gdzieś głęboko w nas tkwi.

W stosunkach z otoczeniem i tą najbliższą nam osobą „programy” ułożone na zlecenie jaskiniowców będą często dawały o sobie znać. Trzeba o tym pamiętać i korzystać z każdej okazji zatrudniania bardziej współczesnych programistów.

Sens samoakceptacji

W kontekście przychodzenia na świat z wieloma wbudowanymi programami bycie sobą staje się jeszcze trudniejsze. Nic dziwnego, że łatwiej pokazywać „wyretuszowane zdjęcie” i nauczyć się manipulować opiniami ludzi, niż naprawdę być sobą, jeśli to ja okazuję się jaskiniowcem. „Jestem tym, kim jestem” — nabiera nowego znaczenia: wiem, kim jestem, wiem, jakie mam genetycznie zapisane „programy”, i akceptuję to. Wymaga to dużej odwagi, ale przyznanie się do swoich naturalnych odruchów jest konieczne, aby cokolwiek zmienić. Nie można bowiem zmieniać rzeczy, których, jak uważamy, nie ma. W momencie kiedy jestem w stanie zaakceptować swoją naturę, skłonności, emocje i zwierzęcy prymitywizm, jestem w stanie się rozwijać.

Nathaniel Branden poleca następujące ćwiczenie samoakceptacji.

Należy stanąć nago przed dużym lustrem, przyjrzeć się każdej części swojego ciała i powiedzieć sobie: „To jestem ja, tak wyglądam”. Inna wersja tego ćwiczenia polega na tym, żeby dodatkowo na głowę założyć dużą papierową torbę z wyciętymi otworami na oczy (w tym celu już bezwzględnie należy sprawdzić, czy drzwi są zamknięte na łańcuch). Ludzie, którzy mają kłopoty z akceptowaniem swojego ciała, mają przed sobą trochę pracy!

Akceptacja siebie „nagiego” i „całego” — cieleśnie i duchowo — pozwala wyzwolić wewnętrzną energię, w miarę jak ta się rodzi.

Przez maskę energia ta nie przenika. Wielcy twórcy, którzy popychają ludzkość do przodu, to na ogół osoby, którzy są sobą w każdym calu. To ludzie w pełnym tego słowa znaczeniu — z wadami i zaletami — a nie fotografie.

Wewnętrzne dziecko

Koncepcja wewnętrznego dziecka staje się coraz bardziej popularna w psychologii i można powiedzieć, że trafiła też „pod strzechy”. Często odrzucany obraz nieporadnego dziecka, którego się wstydzimy, jest jednym z aspektów naszej osobowości.

Jest to również konsekwencja zjawiska „wyretuszowanej fotografii”.

Chcemy wyglądać inaczej, lepiej, a już na pewno nie tak jak w dzieciństwie. Dlatego mamy tendencję do ubezwłasnowolniania tego malucha, który — zagubiony w świecie, bezradny, zapłakany — kuli się gdzieś, zepchnięty do piwnicy naszej osobowości.

Wraz ze wzrostem popularności koncepcji wewnętrznego dziecka natychmiast zaczęto jej nadużywać poprzez próby tłumaczenia swojego postępowania problemami wewnętrznego dziecka. Tymczasem to, że małe dziecko jest aspektem naszej osobowości, nie zwalnia nas z odpowiedzialności za to, co robimy.

Kiedyś zwróciłem Tomkowi uwagę, że zostawił pompkę od roweru w przejściu: „Dlaczego tak robisz?” — zapytałem go retorycznie.

„Przecież wiesz, że ta pompka tutaj przeszkadza”.

„To moje wewnętrzne dziecko nie czuje się kochane” — odpowiedział.

Był już wtedy dorosły i oczywiście robił sobie ze mnie kpiny, ale z zadowoleniem zauważyłem, że to, o czym często z Teresą rozmawiamy, nie było mu obojętne.

Na pewno praca z wewnętrznym dzieckiem daje rezultaty. Pokonywanie zażenowania, akceptacja, a nawet wyrażanie miłości do tej małej istoty są również doskonałym ćwiczeniem służącym odzyskiwaniu swojego  prawdziwego ja i stawaniu się sobą. Już w Biblii znana była koncepcja wewnętrznego dziecka, o czym świadczy następująca przypowieść:

„W tym czasie uczniowie przystąpili do Jezusa z zapytaniem: Kto właściwie jest największy w Królestwie Niebieskim? On przywołał dziecko, postawił je przed nimi i rzekł: «Zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Kto się więc uniży jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim »” (Mt 18:1–4).

Spontaniczność

Celebrowanie wewnętrznego dziecka ma jeszcze tę zaletę, że nas odmładza. Z radością przyjmujmy wewnętrzne dziecko, które w nas tkwi. Niech się śmieje, cieszy, skacze razem z nami, a nawet wygłupia. Niech na nowo nauczy nas spontaniczności i naturalności. A z tą najbliższą osobą niech pozwoli nam się czasem po prostu przytulić i uśmiechnąć. Tak dziecinnie i bez powodu. Po prostu.

Spontaniczność jest również niebezpieczna, bo nie jest oparta na racjonalnym rozumowaniu. Jeśli jesteśmy w stanie konfliktu z wewnętrznym dzieckiem, jeśli je odrzucamy i wstydzimy się go, może nam ono płatać igle i wtedy słuchanie takich podszeptów może się źle skończyć. Nasze wewnętrzne dziecko może mówić w takich sytuacjach: „Nie podobam ci się? To zaraz zobaczysz, jak ty postępujesz. Taki mądry, a proszę…”.

Wtedy spontaniczność może objawiać się czymś, co zupełnie nie leży w naszym interesie.

Natomiast pokochawszy wewnętrzne dziecko, możemy nie obawiać się go i z całym spokojem stosować w życiu „kontrolowaną spontaniczność”, objawiającą się radością, żartami, śmiechem i poczuciem humoru.

Wewnętrzna spójność

Dziecko symbolizuje również skrajności w naszej naturze. Pamiętaj, że byłeś zarówno dziki, jak i mądry, oporny i otwarty, kochający i zły, samotny i towarzyski. Wszystkie aspekty Ciebie mogą istnieć, jeśli pozwolisz im na to. Zależy to właśnie od Ciebie.

Dziecko nie musi być doskonałe — jest po prostu dzieckiem, sobą. Szanujemy Całe Dziecko, a nie Doskonałe Dziecko. Podobnie każdy aspekt Twojego ja ma prawo do istnienia. Uznaj to i przekonaj innych, że każdy ma do tego prawo.

Uznawać całość znaczy nie pomijać niczego. Bądź sobą w całości.

Jak na rysunku idealnych proporcji mężczyzna wypełnia koło wszystkimi częściami siebie. Zaakceptuj siebie nagim i całym, cieleśnie i duchowo. Skoncentruj się na tym, co najważniejsze, i nie trać czasu na resztę.

Kochanie siebie

Następnym kontrowersyjnym tematem jest kochanie siebie. Może tak jest dlatego, że słowo „kochać” ma różne znaczenia, a może ponieważ od dziecka jesteśmy uczeni, że to przejaw braku skromności.

Kochanie siebie stało się nawet modne. Jedno z seminariów, które prowadziłem w Vancouver dla grupy terapeutów i entuzjastów miesięcznika „Shared Vision” (Wspólna wizja), zaczęło się od pytania, jak każdy z uczestników rozumie poczucie własnej wartości. Większość  osób opowiadała o tym, jak polepszyć sobie humor, kiedy się jest smutnym, i proponowała rozwiązania typu aromatyczna kąpiel albo masaż. Nie mam nic przeciwko umilaniu sobie życia, ale poczucie własnej wartości nierośnie w kąpieli. „Posyłanie sobie całusów w lustrze” — jak określa to Branden — nie rozwija osobowości.

Prawdziwa troska i miłość do siebie polegają głównie na tym, aby pozwolić sobie na rozwój, popełnianie błędów, odkrywanie siebie i swoich możliwości, ale pamiętając o dyscyplinie w realizowaniu swoich celów i marzeń. Miłość do siebie to poznanie i zaprzyjaźnienie się ze swoimi uczuciami i emocjami — ale niekoniecznie wykonywanie tego, co „programy” pisane dla jaskiniowców nam podpowiadają. Dr Gay Hendricks miłości do siebie poświęca całą książkę, „The Learning to Love Yourself Workbook” (Nauka miłości do siebie w ćwiczeniach), w której pisze:

„Nauczenie się, jak kochać siebie, jest odkryciem, które może poprawić każdy aspekt życia. Praca z ponad 20 tysiącami ludzi w ciągu ostatnich 20 lat przekonała mnie, że nauczenie się kochania siebie jest kluczem do zdrowia psychicznego, emocjonalnego, a nawet fizycznego. W ciągu ponad 20 lat pracy jako psycholog miałem do czynienia ze wszystkimi psychicznymi i emocjonalnymi problemami znanymi psychologii i mogę powiedzieć, że nauczenie się kochania siebie jest najskuteczniejszym sposobem leczenia, jaki znam”.

Dlaczego trudno nam kochać siebie?

Jesteśmy jednym z pierwszych pokoleń (i to też jeszcze nie na całym świecie), w którym dzieci zaczynają być świadomie poczynane i chciane. Do tej pory większość potomków rodziła się i była przyjmowana jako coś, powiedzmy, normalnego, ale bez entuzjazmu, a często wyraźnie jako dopust Boży. Według dra Hendricksa, od 60 do 65% dzieci jest niechcianych. W USA

rocznie zachodzi w ciążę około miliona nastolatek. Nic dziwnego, że wielu ludzi czuje się na tym świecie zbędnymi. Jak w takich warunkach kochać siebie?

Drugą przyczyną trudności tego zjawiska jest to, że wielu ludzi odczuwa w dzieciństwie stresy, które wyrabiają przekonanie, że „ze mną jest coś nie tak”. Może to być rozwód rodziców — dziecko, nie potrafiąc zrozumieć jego prawdziwej przyczyny, dochodzi do wniosku, że to ono musiało coś zrobić takiego, że rodzice się rozeszli. Bywają też większe tragedie. Dr Hendricks opisuje historię jednej ze swoich pacjentek, która jako nastolatka została zgwałcona przez dwóch podpitych chłopaków, kiedy sama wracała z kina. Ksiądz jej nagadał, że widocznie musiała sprowokować ich swoim zachowaniem, i nikt nie pomógł jej zrozumieć, co się stało. Okazało się, że zaczęła tracić słuch. Lekarz nie był dociekliwy, więc nie dowiedział się o gwałcie, tylko po prostu dał jej aparat słuchowy. Dopiero dużo później trafiła do psychologa, który pozwolił jej dotrzeć do zablokowanych emocji. Po tej terapii słuch powrócił.

Ta smutna historia ilustruje, jak można nauczyć się nie lubić siebie i wręcz być przyczyną swoich chorób. Mówi się, że większość nowotworów ma podłoże psychiczne i jest powodowana  brakiem miłości do siebie. Rak to często „psychiczne samobójstwo”.

Dlatego coraz więcej nowotworów jest leczonych poprzez znajdowanie powodów, dzięki którym pacjent może polubić siebie.

Trzecią przyczyną trudności jeśli chodzi o kochanie siebie jest to, że wokół nas jest pełno ludzi, którzy siebie nie lubią i nas tym zarażają. Przykłady można by mnożyć…

Pokochaj swoje uczucia

Dr Hendricks poleca zacząć kochanie siebie od polubienia swoich uczuć i emocji. W swoim życiu odrabiał on, jak pisze, dużo „pracy domowej”. Kiedy zrozumiał potrzebę zajęcia się swymi emocjami, zaczął pracować nad trzema głównymi: złością, smutkiem i strachem.

„Zauważyłem, że wszystkie były przeze mnie ukrywane. Zachowywałem się jak bryła lodu i to było widać. Byłem spięty, otyły i oddany zabijaniu siebie papierosami. Nauczenie się odczuwania własnej złości, smutku i strachu pozwoliło mi stracić 100 funtów wagi w ciągu roku, rzucić palenie i nauczyć się relaksować.

W tym czasie obniżyło mi się ciśnienie z niebezpiecznie wysokiego poziomu do niższego niż przeciętne. Dzięki umiejętności odprężania oczu wzrok poprawił mi się na tyle, że przestałem nosić okulary”.

Dr Hendricks zaczął od pracy związanej ze smutkiem. Okazało się, że nie umiał płakać — przecież wiemy, że „chłopaki nie płaczą”.

Znajomy nauczyciel uświadomił mu, że płakać jest zdrowo oraz że wolno się bać. Dopiero 20 lat od śmierci ojca zaczął go opłakiwać prawdziwymi łzami. Natomiast jego lęk objawiał się pod różnymi postaciami: jako lęk przed śmiercią, obawa przed zbytnim zbliżeniem do kogoś, a nawet przed własnymi zdolnościami.

Odkrył przy tym jedną ważną rzecz, a mianowicie, że jeśli całkowicie otworzymy się na jakieś — najbardziej nawet nieprzyjemne — uczucie, nigdy nie czujemy się z tego powodu źle. To właśnie opieranie się tym uczuciom i brak akceptacji dla nich powodują złe samopoczucie.

Zaprzyjaźnij się ze swoimi uczuciami!

Pokochaj siebie

Mój przyjaciel Marian Waszkiewicz przetłumaczył najpopularniejszą książkę dra Wayne’a Dyera, „Your Erroneous Zones” jako „Pokochaj siebie”. Polski tytuł zupełnie nie zgadza się z oryginałem, ale lepiej nie można było oddać treści książki.

Jest to podstawowy podręcznik na ścieżce rozwoju osobowości.

Po prostu „niezbędnik”. Cytowałem tę książkę w „JA”. W księgarniach dostępna jest jeszcze inna pozycja o podobnym tytule:

Anny Dodziuk „Pokochać siebie”. Opowiada o tym, jak dbać o swoje ja i odnosić się do siebie z szacunkiem.

Moje wewnętrzne dziecko

Ulubionym powiedzeniem mojej mamy było, że człowiek ma siedem skórek. Na zewnątrz pokazuje tylko tę siódmą, znajomym odsłania szóstą, bliższym przyjaciołom — piątą i tak dalej, aż do tej ostatniej, której nigdy nie odsłania… Moja mama była kobietą pełną miłości i nienawiści, które często przeplatały się w stosunku do tych samych osób. Wiele dawała z siebie innym ludziom, ale potrafiła też bezlitośnie ranić. Na pewno nie była całkowicie sobą, może właśnie dlatego, że bała się odsłonić tę „siódmą skórkę”. Kiedy umarła w 1991 roku, zostawiła kilkanaście tomów pamiętników pisanych od mojego urodzenia z przeznaczeniem dla mnie. Z wielu stron tych pamiętników słychać krzyk rozpaczy ubezwłasnowolnionego ja. Dlaczego obawiamy się być w pełni sobą? Czemu dopiero po jej śmierci mogłem dowiedzieć się, jaka naprawdę była, co przeżywała i dlaczego?

Do osobistej części tego rozdziału zaprosiłem również małą Tereskę.

Oboje stwierdziliśmy, że kochanie siebie nie przychodziło nam łatwo, i chyba do tej pory czasem uzewnętrznia się u nas pewne wahanie na ten temat. Oboje byliśmy dziećmi chcianymi. W obu przypadkach ojcowie wrócili po długiej rozłące wojennej i ich dzieci, czyli my, były owocem miłości stęsknionych małżonków. Ja miałem dwie starsze siostry, więc chłopiec był akurat wymarzony (ojciec miał powiedzieć po moim urodzeniu: „Patrz, Zochna, jacy jesteśmy szczęśliwi — nie trzecia córka i nie bliźniaki”).

Większych stresów w dzieciństwie też nie przechodziliśmy — rodzice się nie rozwodzili, a jednak… Chyba po prostu ta atmosfera, że nieskromnie jest lubić siebie, że trzeba się poświęcać i służyć innym, wywarła na nas największy wpływ. Dopiero teraz porównując, jak to wygląda w rodzinach kanadyjskich, odkrywamy jedną wyraźną różnicę: bałwochwalczy u nas szacunek dla obcych, dla autorytetów w zestawieniu z lekceważeniem członków własnej rodziny, własnych dzieci. „Co sąsiedzi powiedzą” i „co sobie pomyślą” było w centrum uwagi. „Tadziu, pocałuj panią w rączkę”, „Tadziu, podaj pani płaszczyk” — było powtarzane przez moją mamę przy każdym pożegnaniu. Co gorsza, mój ojciec też miał na imię Tadeusz i poniżani w ten sposób byliśmy zwykle pospołu. Nic dziwnego, że ślubowałem sobie, że gdy dorosnę, nie będę całować kobiet w rękę, chociaż odważyłem się na to dopiero kiedy już byłem Kanadyjczykiem (że niby takim ekscentrykiem zrobiłem się w Ameryce).

Mała Tereska pamięta, jak było jej zimno, gdy jeździła do okulisty do Łodzi. Myślała, że jest brzydka, bo nosi okulary, i dzieci się śmiały, że rowery ma na nosie. Czy jest kochana, nie zastanawiała się specjalnie. Bracia — tak, ale kto by kochał dziewczynę…

Babcia z Pleszewa nie mogła nawet zaakceptować jej imienia i mówiła do niej „Renia” (w Pleszewie służąca miała na imię Teresa). Starszy brat często dostawał lanie, bo stale coś broił, a Tereska bardzo się bała, więc wolała nie przypominać, że istnieje.

Kiedyś, gdy nasze dzieci podrosły na tyle, że pewnego sylwestra spędzaliśmy sami w domu w Vancouver, porozmawialiśmy sobie z małą Tereską. Była odpowiednia atmosfera, lustro i łzy…

Dowiedzieliśmy się wielu ciekawych rzeczy. Wspominamy to jako jeden z bardziej udanych sylwestrów.

Z małym Tadziem zaprzyjaźniłem się dość dawno, czego wyrazem było nazwanie w 1992 roku Klubu Ludzi Sukcesu im. Małego Tadzia (niewtajemniczonych odsyłam do książki „TY to masz i rozwijaj”). Mała Tereska i mały Tadzio mówią Ci teraz: kochaj siebie i wszystkie małe istotki, które w Tobie siedzą i czekają na miłość. Razem ze swoją partnerką czy partnerem szanujcie w Was te małe dzieci.

Rada

Zaprzyjaźnij się ze swoim wewnętrznym dzieckiem. Pozwalaj sobie na spontaniczność, ale nie lekkomyślność. Ciesz się każdym dniem — jak dziecko. Pokochaj swoje uczucia i zaprzyjaźnij się z nimi.

Ćwiczenie

Jedną z lepszych metod docierania do swego wewnętrznego dziecka jest rozmowa z nim przy użyciu lustra. Potrzebny jest w tym celu duży spokój i duże lustro oraz co najmniej 20 minut, w czasie których nikt nie będzie Ci przerywał. Najlepszy jest wieczoru i przyćmione światło.

Usiądź przed lustrem, weź parę głębokich oddechów i zrelaksuj się. Odpręż wszystkie mięśnie, podobnie jak w medytacji, ale nie zamykaj oczu. Wyobraź sobie, że jesteś małym X albo małą X (w miejsce X wstaw swoje imię) i że w lustrze widzisz siebie, tak jak jesteś teraz (czyli to, co widzisz), ale z perspektywy tego małego dziecka, czyli tak, jak ono widziałoby Ciebie teraz. Zagraj rolę małej X czy małego X najlepiej jak potrafisz. Bardzo pomocna jest tutaj technika kończenia zdań, wypowiadanych jakby przez dziecięce ja, na przykład:

Jak tak na ciebie patrzę w lustrze…

Jedną z rzeczy, których potrzebuję od ciebie…

Czasami traktujesz mnie jak matka (ojciec), kiedy…

Jeśli byś chciał(a) mi pomóc…

Jeśli byś mnie bardziej akceptował(a)…

Do ćwiczenia można także zaangażować drugą osobę, która pomoże w rozpoczynaniu zdań, chociaż intymność może okazać się ważniejsza. Dobrze jest również nagrać dialog w celu późniejszego przeanalizowania go „na zimno”.

Czasem może wydawać się, że metoda ta zahacza trochę o magię, ale warto spróbować. Nie ma w niej nic czarodziejskiego, chociaż mogą pojawić się łzy i bardzo silne emocje. Pamiętaj, że zawsze możesz to ćwiczenie przerwać, jeśli poczujesz, że staje się zbyt trudne. Technika ta, tak jak ją poznałem, była zaprezentowana przez Devers Branden. Jestem pod dużym wrażeniem jej skuteczności. Niemniej na pewno wymaga trochę wprawy, spokoju i cierpliwości.

 Niech „MY” będzie dla Ciebie inspiracją do próbowania nowych rzeczy, dzięki którym będziesz mógł poprawić swoje stosunki z innymi. Gotowość doskonalenia swoich umiejętności współżycia jest miarą jakości Twoich stosunków z ludźmi. To, w jakim stopniu umiesz – lub nie – z nimi postępować, decyduje przecież o Twoim zadowoleniu z życia. 

 

 

<<<ZAPISZ SIĘ NA NEWSLETTER I ODBIERZ DARMOWE BONUSY>>>

 

 

MY – czyli jak być razem część I

Głos należy do Tadeusz Niwińskiego:

Recepta na idealny związek

 Nie obawiam się jutra, bo widziałem wczoraj i kocham dzisiaj.

William Allen White

 Tylko dwa etapy

Jak być w idealnym związku? Recepta jest bardzo prosta i składa się tylko z dwóch kroków:

• Znaleźć idealnego partnera.

• Z tym partnerem budować swój związek.

„Ha, ha, ha — słyszę. — Jakby to było takie proste, to wszyscy by byli szczęśliwi…”. Nikt nie mówi, że te dwa kroki są proste!

Niemniej są tylko dwa. Na dodatek wyraźnie oddzielone od siebie w czasie — i to też jest jedną z tajemnic: żeby ich nie pomieszać.

Najpierw trzeba poszukać, a potem pielęgnować. Szukanie zaczynamy wcześnie, już od dziecka. Instynktownie przyglądamy się różnym ludziom, z którymi mamy do czynienia, i wyobrażamy sobie, czego oczekujemy od związku. Tych marzeń nie należy ignorować. Jedną z dobrych rad dla rodziców, jeśli chodzi o wychowanie dzieci, jest nauczenie ich, aby wizualizowały sobie, czego chcą w życiu — zarówno w sferze zawodowej, jak i rodzinno-intymno-prywatnej. Jeśli nie myślimy o tym i nie potrafimy wyobrazić sobie, z kim chcemy spędzić życie, to jest mała szansa, że takiego kogoś znajdziemy. Tak więc pierwszy krok to wiedzieć, czego i kogo się chce, i jaki jest sens zawarcia związku.

Można w tym momencie zastanowić się nad pytaniem: „Po co ludzie się pobierają, po co zakładają rodziny?”. Otóż tworzymy je głównie po to, żeby mieć dzieci — chociaż często tak nie myślimy, nie zdając sobie sprawy z biologicznego „zaprogramowania” na reprodukcję; uważamy być może, że chcemy się pobrać „tak po prostu”. Bardziej rozumowe podejście może objawiać się w chęci bycia z kimś na starość, na kim będzie się można oprzeć. Nasze okrutne geny tak nas zbudowały, że — z pewnością na początku trwania związku — „popierają” nasze szczęście, bo im pomyślniejszy i zgodniejszy związek, tym większa szansa przetrwania naszego potomstwa. Tu akurat nie istnieje konflikt między tym, co czujemy, że nam sprawia przyjemność (czyli interesem naszych genów), a tym, co służy nam i co jest także społecznie uznane za słuszne.

Pierwszy krok

Ten pierwszy krok — dążenie do założenia związku — jest więc dość naturalny, przyjemny, często bardzo spontaniczny. Niemniej powinien być czyniony z dużą rozwagą. Żeby osiągnąć sukces w szukaniu partnera czy partnerki i nie ulegać nastrojom chwili oraz emocjom, na które w tym okresie jesteśmy bardzo podatni, trzeba wiedzieć, czego się chce.

Pierwsza część mojej recepty na idealny związek — znaleźć idealnego partnera — brzmi dość prosto i naturalnie, ale jest właściwie bardzo ważnym etapem, który wymaga dużo pracy. Wielu młodych ludzi ignoruje go, nie zdając sobie sprawy, że ich decyzje w tym czasie mają olbrzymi wpływ na całe życie.

Normalne w tym okresie wstępne niepowodzenia i rozczarowania oraz przekonanie, że znalezienie dobrego partnera zawdzięczamy raczej łutowi szczęścia niż systematycznemu wysiłkowi, połączone z atmosferą spontaniczności, mogą łatwo zmylić czujność i obniżyć poprzeczkę wymagań. Jest to zgubne na dłuższą metę, bo będzie mściło się w drugim etapie.

W grupie dyskusyjnej sens w sieci spotkałem się z takim przekonaniem młodej internautki:

„Na pewno ta osoba, z którą się w przyszłości zwiążę (na przykład poprzez małżeństwo), będzie dla mnie najważniejsza — ale to musiałby być ktoś, kto spełniałby moje wszystkie oczekiwania i potrzeby emocjonalne, żebym mogła się tak jednostronnie zakochać… Jednym słowem ideał (a ja nie wierzęw istnienie ideału…”.

Oczekiwanie na ideał w połączeniu z deklarowaniem (niby żartobliwie) braku wiary w możliwość spotkania takiego człowieka dobrze ilustruje to, o czym tutaj mówię: bardzo niebezpieczne ograniczenie pierwszego etapu do pierwszego lepszego kandydata, który się nawinie. Jest to również nieświadome programowanie się na porażkę, bo przekonanie, że się nie spotka ideału, może się stać samospełniającą się przepowiednią. Dlatego etap poszukiwania trzeba zacząć od uwierzenia, że znalezienie tego idealnego partnera jest możliwe oraz że na to zasługujemy (poczucie zasługiwania wiąże się z poczuciem własnej wartości).

To wymaga pracy

Szukanie partnera czy partnerki trzeba zacząć od zdania sobie sprawy z tego, czego się chce. Tutaj nigdy nie za dużo ćwiczeń, polegających głównie na pisaniu, nie raz i nie dwa, ale wiele razy, listy swoich wymagań. Na kartce spisujemy cechy naszego idealnego partnera, które systematycznie porządkujemy i sortujemy według ważności. Może się to wydawać przesadą, może nawet powodować odruchowy sprzeciw wobec takiej miłosnej biurokracji, ale nie ma lepszej metody niż wypisanie swoich celów. Nie bójmy się więc napisać, czego oczekujemy od swojego partnera czy partnerki. Jakie są to cechy? Jakie przekonania i system wartości chcemy, aby nasz partner reprezentował?

Czego oczekujemy od swojego związku? Czego w nim szukamy? Co chcemy osiągnąć? Na te wszystkie pytania powinniśmy sobie starannie odpowiedzieć.

Nie należy żałować czasu na pisanie, przepisywanie i ciągłe aktualizowanie takiej listy. Z chwilą kiedy już to wiemy, mamy ść wyraźny obraz swojego przyszłego partnera i następna część tego kroku jest stosunkowo prosta. Prędzej czy później osoba spełniająca te warunki pojawi się w naszym życiu, a wtedy po prostu wiemy, że to ona.

Doskonałym przykładem tego, jak działa takie pisanie, jest historia mojej córki, Tiny, która poznała Johna, swojego przyszłego męża, przez internet. O wiele wcześniej stworzyła listę swoich oczekiwań. Niedawno przysłała mi tę listę z pozwoleniem wykorzystania jej tutaj (w nawiasach kwadratowych umieszczone są jej dzisiejsze komentarze):

Mój idealny partner:

• Nie pali.

• Nie pije za wiele.

• Wysoki: (175 cm) lub wyższy [John ma (182 cm)].

• Ma poczucie humoru.

• Entuzjastyczny / kocha sport (w tym narty, rower, wędrówki

piesze, pływanie, badminton itd.).

• Aktywny / energiczny / nie leń.

• Inteligentny.

 • Troskliwy i myślący.

• Ambitny (wie, czego chce).

• Zdecydowany (pracuje nad osiągnięciem tego, czego pragnie).

• Bezpośredni (nie manipuluje).

• Uczciwy i godny zaufania.

• Otwarty na próbowanie nowych rzeczy.

• Radosny i spontaniczny.

• Rozumiejący (współczujący) i wrażliwy.

• Utalentowany (ma różne hobby i faktycznie jest w czymś

dobry).

• Niezależny (finansowo) i stabilny (emocjonalnie).

• Lubi dzieci (dobrze, jeśli umie z nimi postępować; bardzo

dobrze, jeśli chce mieć dwoje własnych).

• Potrafi słuchać.

• Zorganizowany i czysty (dba o siebie i swoje życie).

• Brunet, przystojny, dobrze wyglądający.

• Lubi podróżować.

• Zna język obcy lub chce się nauczyć. [Polski Johna jest coraz

lepszy, chociaż po hiszpańsku i japońsku ciągle mówi

lepiej, ale pracuję nad tym!].

• Lubi muzykę i potrafi powiedzieć, czego słucha.

• Potrafi gotować dla siebie, prać, zmywać, odkurzać i sprzątać.

• Ma przyjaciół.

• Ma dobre układy z rodzicami / rodziną.

• Kocha siebie!

Zadziwiające, że prawie wszystkie te cechy zostały spełnione

przez Johna w 100%! No i jak tu nie wierzyć w takie listy? Kiedy napisałem o tym do grupy sens, odezwało się kilka osób ze swoimi listami wymagań, które pozwolę sobie tu przytoczyć.

Jak na razie nie mam danych, czy zadziałały, bo pisane były

niedawno, ale uważam, że są bardzo ciekawe i mogą być inspiracją dla Ciebie. Pierwszą listę napisał mężczyzna, a dwie następne — kobiety.

Idealna partnerka:

• Niższa ode mnie.

• Szczupła.

• Ładna.

• Z ładnym biustem.

• Miła i sympatyczna.

• Czuła i delikatna.

• Ma delikatny głos.

• Atrakcyjna i zadbana.

• Seksowna.

• Lubi nosić erotyczną bieliznę.

• Bardzo lubi seks (hetero).

• Bardzo lubi seks francuski i oralny.

• Otwarta na doświadczenia w tej sferze.

• Bardzo lubi często się kochać.

• Zależy jej na jednym konkretnym partnerze.

• Bardzo lubi się przytulać (poza seksem) — dąży do tego.

• Emanuje ciepłem kobiecym.

• Rozmowna.

• Otwarta.

• Potrafi doradzić i wysłuchać.

• Szczera.

• Nie jest krzykliwa i nie panikuje.

• Nie jest pamiętliwa, nie roztrząsa dawnych waśni.

• Mądra i inteligentna.

• Ma swoje zdanie.

• Nie jest podatna na wpływy, ale jest otwarta na nowości

i ewentualną zmianę zdania.

• Pozytywnie nastawiona do życia.

• Uśmiechnięta.

• Dowcipna.

• Lubi rozmawiać i żartować o seksie.

• Interesuje się rozwojem duchowym (niekoniecznie od

razu).

• 2/3 domatorka, 1/3 podróżniczka.

• Chce mieszkać ze swoim partnerem.

• Chce prowadzić ze swoim partnerem samodzielne życie

(bez rodziców i teściów oraz innych członków rodzin).

• Miłość przejawia się w jej życiu i postępowaniu.

• Potrafi (i to robi) prać, sprzątać i gotować — ja pomagam.

• Ma swoje hobby.

• Jest / będzie wegetarianką.

• Zarabia pieniądze — ja też.

• Przebacza innym.

• Jest zaradna, przedsiębiorcza.

• Nie ogląda telenowel.

• Ma cele w życiu.

Idealny partner (1):

• Wysoki — ponad 180 cm.

• Brunet.

• Umie i lubi tańczyć, ma poczucie rytmu (dobrze, gdy jest to

taniec towarzyski).

• Lubi słuchać różnego rodzaju muzyki i chodzić na koncerty.

• Lubi śpiewać.

• Uprawia sport (nie wyczynowo). Lubi wszystkie: siatka,

góry, łyżwy, spacery, rower, pływanie, tenis stołowy, tenis

ziemny).

• Jest mądry i inteligentny.

• Czuły.

• Lubi dzieci i ma do nich podejście.

• Ma poczucie humoru.

• Wyrozumiały.

• Tolerancyjny.

• Ma pasję i ją rozwija.

• Jest otwarty na zmiany — nie boi się ich.

• Pewnie stoi na ziemi, wie, co się dzieje wokół.

• Potrafi wszystko załatwić.

• Potrafi być szalony.

• Potrafi być romantyczny.

• Lubi kino i teatr.

• Ma swoich przyjaciół i toleruje moich.

• Potrafi wyrażać miłość.

• Nie pali, nie upija się i nie potrzebuje używek, żeby dobrze

się bawić.

• Potrafi wziąć się w garść, nie jest leniem.

• Nie jest perfekcjonistą.

• Szczery i uczciwy. Umie powiedzieć najbardziej bolesną

prawdę.

• Potrafi słuchać i rozmawiać.

• Umie zrobić wszystko wokół siebie — jest niezależny.

Idealny partner (2):

• Inteligentny.

• Kreatywny.

• Otwarty.

• Szczery, ale taktowny.

• Ambitny i pewny siebie.

• Dobry w łóżku.

• Posiadający odpowiadające mi poczucie humoru.

• Logicznie myślący, ale z wyobraźnią.

• Wygląd zewnętrzny nieokreślony, ale musi mi się podobać.

• Bez nałogów, kulturalny.

• Kochający siebie, ale nie narcyz.

• Nonkonformista, ale nie do przesady.

• Aktywny fizycznie — dbający o siebie.

• Powinien lubić książki, kino, teatr, muzykę…

• Niewierzący.

• Towarzyski i sympatyczny.

• Indywidualista — niełatwo ulega wpływom.

• Czuły.

• Powinien traktować mnie poważnie.

• Powinien wiedzieć, czego chce.

• Trochę „szalony”, ale odpowiedzialny.

• Stanu wolnego.

• Najlepiej parę lat starszy.

• Powinien mi imponować.

• Powinien budzić moje zaufanie.

• Śmiały.

• Kochający życie.

• Seks nie powinien być dla niego tematem tabu.

• Myślący pozytywnie.

• Umiejący wybaczać.

• Nie muszę być dla niego jedyną, ale chcę być najważniejsza.

• „Z przyszłością”.

• Interesujący — ma pasje (najlepiej bliskie moim zainteresowaniom).

• Wrażliwy.

• Niewpływający na mnie negatywnie.

• Posiadający zdolności literackie.

• Nie za wysoki.

• Uczciwy.

• Posiadający gust (zbliżony do mojego).

• „Ciepły”.

• Rodzinny, ale bez przesady.

• Fajnie by było, gdyby miał samochód.

• Otwarty na eksperymenty seksualne.

• Dostępny (tzn. blisko mieszkający).

• Męski szowinizm wykluczony.

Praktyk udanego, 40-letniego związku podpowie Ci, co robić, aby Twoje relacje z partnerem oraz najbliższymi Ci osobami były trwałe i szczęśliwe!

 >>> Tadeusz Niwiński „MY – czyli jak być razem”>>> 

 

<<<ZAPISZ SIĘ NA NEWSLETTER I ODBIERZ DARMOWE BONUSY>>>

Chmurka tagów

%d blogerów lubi to: