wejdź na www.przemyslawpufal.pl

Posts tagged ‘ebooki’

DIETA

 Z wiekiem spowalnia się przemiana materii, zmniejsza masa mięśniowa, występują zmiany hormonalne. Aby zachować zdrowie i dłużej cieszyć się sprawnością, powinno się dostosować dietę do nowych potrzeb organizmu i do różnych dolegliwości, które zwykle zaczynają się pojawiać w dojrzałym wieku. Odpowiednia dieta jest podstawą profilaktyki chorób kładu pokarmowego, układu krążenia, miażdżycy, nadciśnienia, cukrzycy. Dieta ma olbrzymie znaczenie w różnych stanach chorobowych. Choroby będące wynikiem pewnych nieprawidłowości metabolicznych, jak miażdżyca, cukrzyca, nawet dna, czyli artretyzm, wymagają ograniczenia w diecie produktów, które pogarszają przebieg choroby. Na przykład cukrzyca wymaga ścisłego limitowania spożywanych kalorii, zwłaszcza dostarczanych przez produkty bogatocukrowe. W artretyzmie natomiast należy unikać tych produktów, które zawierają sporo kwasu szczawiowego i moczowego (szpinak, rabarbar, szczaw, kawa). Nieznajomość zasad racjonalnego żywienia jest dla ludzi starszych szczególnie niebezpieczna, gdyż nieodpowiednie pożywienie doprowadza do ujawnienia się różnych chorób, pogarsza stan i rokowania w już istniejących dolegliwościach. Szczególnie szkodliwy jest pogląd, iż dla człowieka w starszym wieku najodpowiedniejsze są kleiki i papki kaszowo-mleczne, gdyż normalnie przygotowane i urozmaicone pożywienie złożone z różnorodnych produktów spożywczych może mu zaszkodzić jako ciężkostrawne. Jak pisze prof. Eliza Lamer-Zarawska, takie podejście do kwestii żywienia szybko doprowadza do pogłębienia i tak już częstych w organizmie starszych ludzi niedoborów pokarmowych, zawsze niebezpiecznych dla zdrowia, zwłaszcza gdy utrzymują się przez dłuższy czas. Trzeba zatem zwracać uwagę na to, co mamy na talerzu. To, co wybieramy, jak przyrządzamy i w jaki sposób jemy, ma ogromne znaczenie dla naszego zdrowia. Naprawdę warto otworzyć się na kulinarne wyzwania, a nowy sposób odżywiania potraktować jako jedną ze zmian stylu życia.

Co i jak jeść, by dobrze się czuć w zaawansowanym wieku? Z czasem spowalnia się przemiana materii, zmniejsza masa mięśniowa, następują zmiany hormonalne. Odpowiednie jedzenie może nas dłużej utrzymywać w dobrej formie.

Książka jest podzielona na dwie części. W pierwszej omówione są podstawowe zasady żywieniowe pozwalające uniknąć problemów pokarmowych. W drugiej autorka prezentuje smakowite przepisy na potrawy dla starszych osób, które nie są poważnie i przewlekle chore.

Zdrowe gotowanie. Książka kucharska na drugą połowę życia.  

 

 

 

 

ODBIERZ PREZENTY>>>

 

 

 

Reklamy

Czy mężczyźni są światu potrzebni?

Janusz Leon Wiśniewski  Czy mężczyźni są światu potrzebni

  Kobieta, aby pójść do łóżka z mężczyzną, potrzebuje bliskości, zaufania i poczucia więzi. Mężczyzna – przeważnie – potrzebuje tylko miejsca…

   Czy w tym deprymującym (głównie dla mężczyzn) stwierdzeniu kryje się jedynie cynizm, czy także jakaś prawda? A jeśli tak, to jak gorzka jest ta prawda? Dlaczego mężczyźni pożądają inaczej? I co z tego wynika?

   U zwierząt wszystko jest o wiele prostsze. Pożądanie służy prokreacji i jak największej dystrybucji genów. Bliska nam ewolucyjnie małpka bonobo bez żadnych skrupułów jest w stanie przerwać akt kopulacji, gdy tylko na horyzoncie pojawi się inny samiec, który swoim wyglądem i zachowaniem zdradza, że mógłby jej zagwarantować lepszy zestaw genów dla potencjalnego potomstwa. Na taką decyzję wyuzdana bonobo potrzebuje nie więcej niż osiem sekund. Jeszcze mniej czasu potrzebuje na to samica poligamicznego nornika górskiego.

   Zwierzęta pożądają tylko w jednym celu: prokreacji. Do dzisiaj trwają dyskusje naukowców na temat tego, czy realizując swoje pożądanie w akcie seksualnym, zwierzęta odczuwają przy tym jakąś przyjemność. Oglądając fotografie kopulujących par goryli, słynących notabene z wierności, mam co do tego poważne wątpliwości. Cynicy twierdzą, że cierpienie na pysku (twarzy?) goryla wynika z tego, iż ciągle jest fotografowany z tą samą samicą.

   Ludzie są pierwszym i jedynym gatunkiem, który na drodze ewolucji oddzielił prokreację od pożądania. I jednym z trzech gatunków, który pożąda i spółkuje bez względu na porę roku. Pozostałe dwa to muchy i pluskwy. U całej reszty stworzeń pożądanie pojawia się wyłącznie w krótkim okresie godowym (tzw. rui). Tylko wtedy występuje u nich przewaga popędu płciowego (podobnie jak u ludzi) nad uczuciami głodu, zimna, pragnienia i bezpieczeństwa. Dotyczy to w większym stopniu samców niż samic.

   W dodatku, tylko człowiek koniecznie chce powiązać pożądanie ze zjawiskiem kulturowym, jakim jest miłość. Pomagają mu w tym poeci i pisarze, od czterech tysięcy lat wychwalający w literaturze „miłość romantyczną” (mam w tym swój udział), a także laboranci, którzy zsyntetyzowali pigułkę antykoncepcyjną, i dziennikarze, którzy z miłości romantycznej zrobili kultowy, zawsze dobrze sprzedający się temat. To oczywiste, że bez miłości romantycznej nie byłoby ani Hollywood, ani tym bardziej Bollywood.

   Tymczasem wiele wskazuje na to, że człowiek w sferze seksualności pozostał w dużej mierze zwierzęciem. Wymyślając tysiąclecia temu miłość, jedynie zhumanizował pożądanie, seks oraz reprodukcję, nadając kulturowe znaczenie biologicznym faktom. Mimo to niewiele się przez wieki zmieniło, jak wykazały badania antropologa George’a Murdocha. W końcu lat czterdziestych XX wieku przebadał on historię 238 kultur cywilizacyjnych na całym świecie. Tylko dla 43 z nich monogamia była społecznie preferowanym wzorcem struktury rodziny. W pozostałych panował system, który dzisiejszy świat zachodni nazwałby brutalnie i dosadnie urzeczywistnieniem fantazji masturbującego się mężczyzny: jak najwięcej różnych kobiet w jak najkrótszym czasie. Czy to u Indian w Ameryce Północnej, czy u Inków w Ameryce Południowej, czy u kultur szczepowych w Afryce lub Azji – w większości akceptowano fakt, że mężczyźni współżyją jednocześnie z wieloma kobietami. Czasami musiano liczbę tych partnerek prawnie reglamentować. Do dzisiaj muzułmanie, zgodnie z Koranem, mogą posiadać maksymalnie cztery żony (jeśli są w stanie je wszystkie utrzymać na tym samym poziomie materialnym). Z kolei władca Aszantów (obecna Ghana) musiał zaakceptować prawo, według którego jego harem nie mógł przekraczać dokładnie ustalonej, tajemniczej do dzisiaj liczby 3333 kobiet.

   Biolodzy ewolucyjni widzą w tej poligynii ukryty sens. Nawet dla kobiet. Niewiasta w haremie miała szanse wymieszania swoich genów z genami najważniejszego i najbardziej wpływowego mężczyzny w państwie.

   Według znanego zoologa Tima Birkheada z uniwersytetu w Sheffield w Wielkiej Brytanii, monogamia jest systemem skrajnie nienaturalnym. W artykule opublikowanym w renomowanym czasopiśmie naukowym „Nature” (2005) Birkhead przekonuje, że ludzie, podobnie jak zwierzęta, z natury dążą do pozbawionych więzi uczuciowej kontaktów seksualnych z przypadkowymi, często zmienianymi partnerami (nazywamy to zjawisko promiskuityzmem), a monogamia, jako dominujący w zachodnich cywilizacjach system partnerski, jest sztucznym tworem kulturowym, narzuconym przez religię dla ustabilizowania społeczeństw. Dodajmy: ściśle patriarchalnych społeczeństw.

   Monogamię narzucili światu, o dziwo, mężczyźni. Chcąc uniknąć konfliktów i całego zła wynikającego z walki o dostęp do jak największej liczby kobiet, wymyślili demokratyczny system, w którym każdy mężczyzna będzie miał, przynajmniej teoretycznie, prawo do tylko jednej kobiety. Samych kobiet o zdanie oczywiście nie pytano. Zresztą nawet gdyby zapytano, to odpowiedź (w tamtych czasach) mogła być tylko jedna. Znajdując się w całkowitej materialnej zależności od mężczyzn, przyjęły pomysł małżeństwa z jednym partnerem na całe życie – uważały, że w ten sposób zagwarantują sobie i swoim dzieciom materialne bezpieczeństwo.

   Przez tysiące lat kobiety były zmuszone handlować z mężczyznami: moja wierność w zamian za moje i moich dzieci bezpieczeństwo socjalne. Ale dzisiaj, na początku XXI wieku, ten kontrakt między płciami traci powoli (i nareszcie) ważność. Kobiety same potrafią zadbać o swoje utrzymanie. Mężczyźni i kobiety obeszli równik historii, powracając do punktu wyjścia, czyli do jaskiń. Przynajmniej jeśli chodzi o seksualne partnerstwo i równouprawnienie.

   Z biologicznego punktu widzenia hedonistyczni mężczyźni wracają do jaskiń z ogromną radością. Erotyka w plejstocenie stanowi doskonały scenariusz dla każdego filmu pornograficznego (chociaż osobiście nie podejrzewam, żeby do tego gatunku filmów istniały „scenariusze”). Ostatnie, liczące ponad 7200 lat, znalezisko archeologów w niemieckiej Saksonii zdaje się to potwierdzać. Dziewiętnastego sierpnia 2003 roku czujny operator koparki w Erdreich, niedaleko Lipska, przygotowując teren do założenia przewodów gazowych, natrafił na figurkę z okresu neolitu ceramicznego. W artykule naukowym, który niedługo później pojawił się w fachowym czasopiśmie „Germania”, archeolog Harald Stäuble potwierdził, że figurka przedstawia wyuzdany akt seksualny naszych jaskiniowych przodków. To było sensacyjne odkrycie, ponieważ najstarsze znane dotychczas przedstawienia aktu płciowego powstały (jako freski) w Grecji dopiero ponad 4000 lat później. Do erotycznej figurki z Saksonii dołączyło wkrótce liczące ponad 6000 lat znalezisko archeologów z Ludwigshafen, wydobyte z wód Jeziora Bodeńskiego na granicy Niemiec i Szwajcarii – tzw. dom kultu. Okazał się on świątynią, z której ścian wystają gliniane, niegdyś obfite, kobiece piersi.

   Według antropolog Helen Fisher, autorki wydanych w Polsce fascynujących książek Anatomia miłości i Dlaczego kochamy, kobiety z epoki kamiennej „chodziły w krzaki z coraz to nowym partnerem”. W domach z betonu nie ma wolnej miłości, ale w jaskiniach z granitu lub piaskowca była jak najbardziej. Fred Flintstone tylko w kreskówce dla dzieci jest zabawnym pantoflarzem i zatwardziałym monogamistą. Ten sam Fred Flintstone na kanale National Geographic lub w „różowej serii” na innych kanałach, emitowanej zwykle po północy, byłby kimś zupełnie innym, ale prawdziwszym: biologicznie uwarunkowanym samcem, z niczym nie hamowanym (oprócz prawa silniejszego w stadzie) instynktem.

   Jak się okazuje, wyuzdany seks jaskiniowców ma nawet dzisiaj ogromne znaczenie dla ludzkości. Przynajmniej dla tej jej części, która zadaje sobie pytanie, jak to się stało, że praczłowiekowi udało się zaludnić całą planetę. Dotychczas obowiązująca teoria zakłada, że wszyscy – jako gatunek – wywodzimy się od pewnej pary praprzodków z Afryki, która rozmnożywszy się, opanowała cały świat. Pierwsi ludzie z Afryki przywędrowali na inne kontynenty i w wyniku brutalnych wojen podbili zastane gatunki ludzkie, doprowadzając do ich wymarcia.

   Ostatnio jednak Alan R. Templeton, młody genetyk z uniwersytetu w Michigan, w trakcie kongresu Australijskiego Towarzystwa Genetycznego w Melbourne podważył prawdziwość tej teorii. Twierdzi, że człowiek afrykański wcale nie wymordował innych gatunków ludzkich, ale jedynie się z nimi wymieszał. Podpiera on swoje tezy szczegółowymi analizami DNA różnych żyjących obecnie na świecie ras ludzkich. Stopień wymieszania genów jest tak duży, że według Templetona „nasi przodkowie myśleli jedynie o seksie i robili to każdy z każdym, przy każdej nadarzającej się okazji”. Tylko w ten sposób mogło dojść do aż takiego wymieszania genów. Okazuje się, że slogan „make love, not war” to wcale nie pomysł hippisowskich komun końca lat sześćdziesiątych XX wieku.

   Niekiedy człowiek jest nawet bardziej „biologiczny” od zwierząt, a przy tym znacznie bardziej od nich (ewolucyjnie) obłudny. Samce zwierząt używają seksualnych forteli w celu zapłodnienia jak największej liczby samic. Mężczyźni (ze znacznie lepiej rozwiniętym mózgiem), wymyślając o wiele bardziej skomplikowane fortele, wcale nie chcą dopełnić naturalnego obowiązku zapłodnienia kogokolwiek (przeważnie wręcz przeciwnie, bardzo się tego obawiają). Pragną jedynie czerpać z aktu seksualnego przyjemność, najlepiej z obcymi „samicami”, nie zostawiając nic w zamian naturze. W swoim upodobaniu do obcych samic są bardzo podobni do samców gadów, których mózg zatrzymał się w rozwoju na najbardziej podstawowym etapie. Na przykład jaszczurki mają jedynie tzw. gadzi mózg (obecny także u człowieka), składający się wyłącznie z pnia. To tam jest źródło podstawowych fizjologicznych procesów. Jaszczurki nie mają ani kory mózgowej (odpowiadającej za myślenie), ani układu limbicznego (sterującego emocjami).

   Mimo to, jak stwierdziła para amerykańskich zoologów, Laura Steele i William Cooper Jr, samce gekonów (łac. Gek konidae, duża rodzina 90 rodzajów i 800 gatunków jaszczurek) w okresie rui zachowują się bardzo podobnie jak pożądający mężczyźni. Pląsają, mają błogi wyraz pyska i poruszają ogonem – ale to popisy nie dla samicy, która jest obok i czeka w gotowości na akt zapłodnienia. Ta już cała do nich należy. Gekony robią to dla samic, które czasami zupełnie przypadkowo znalazły się na oznaczonym przez nie terenie. Samce te nie zważają na zmęczenie, stratę energii i czasu. W dodatku owe samice wcale nie muszą być płodne. Podniecony seksualnie gekon jest zadziwiająco podobny do mężczyzny, ale w jednym bardzo się od niego różni. Gekon zachowuje się, jakby myślał o przyszłości. Wiele samic oczarowanych ruchami ogona gekona pozostanie na jego terenie tak długo, aż jajeczka w nich dojrzeją. Samiec gekon także nie opuści tego miejsca, w nadziei, że może zostać po raz kolejny ojcem. Z kolei większość współczesnych mężczyzn, po nasyceniu swego pożądania, jak najszybciej zmieniłaby miejsce pobytu…

   Czas, jaki mija u ludzi od wstępnego zainteresowania do zachowań seksualnych, jest wprawdzie dłuższy niż u szympansów, lecz krótszy niż na przykład u goryli. No ale goryle nigdy nie czytały Leśmiana. Spętany warunkami społecznymi i nakazami religii (niektórych), człowiek ograniczył swoją do tej pory nieposkromioną, seksualność za pomocą ciasnych gorsetów, pijących pod sercem i pod podniesionymi do góry z podniecenia piersiami (kobiety), oraz zrobionych z drutu kolczastego etyki kagańców moralności (mężczyźni). Mężczyznom w tych kagańcach jest o wiele gorzej niż kobietom w gorsetach. Kobieta w gorsecie, nawet jeśli cierpi, wygląda powabnie; mężczyzna w kagańcu jest jak rozjuszony seksualnie wilk. Wynika to głównie z uwarunkowań ewolucyjnych.

   Mężczyźni na całym świecie kopulują 50 miliardów razy rocznie, co daje około miliona litrów nasienia dziennie. Mężczyzna ma między nogami dwie fabryki, które bez przerwy, na cztery zmiany, w dzień i noc, produkują miliony ich malutkich genetycznych kopii. W każdej sekundzie na całym świecie mężczyźni produkują 200 bilionów plemników, co przekłada się na mizerne pięć urodzeń na sekundę! Kobieta rodzi nieporównywalnie małą liczbę dzieci w porównaniu do liczby dzieci, które może począć mężczyzna. Ewolucyjnie rzecz ujmując, na świecie istnieje ogromny przerost podaży spermy nad popytem na nią. Już sam ten fakt biologicznie determinuje większą poligamiczność mężczyzn.

   Lecz aby być poligamicznym, trzeba pożądać. I to bardzo intensywnie. Teoretycznie nawet nieustannie. Natura (lub Stwórca) w związku z tym już na poziomie molekularnym wyposażyła mężczyzn w inną niż kobiety chemię pożądania. Zaopatrzyła ich w jądra produkujące testosteron (jego chemiczna nazwa to: 17ß-Hydroxy-androst-4-en-3-on), którego poziom u mężczyzn jest o wiele wyższy niż u kobiet.

Ewolucję należy ganić (albo jej dziękować?) za to, że mężczyźni pożądają zazwyczaj młodych i atrakcyjnych kobiet. Bo im młodsza, tym więcej dzieci może mu urodzić. Im atrakcyjniejsza, tym bardziej atrakcyjne dzieci przyjdą na świat. Lepiej wyglądające potomstwo ma większe szanse na znalezienie atrakcyjnych partnerów. W ten sposób cykl się zamyka. Na dodatek atrakcyjność partnerki przyczynia się do zrównoważenia podaży spermy i popytu na nią. Akty seksualne z kobietami atrakcyjnymi (według badań amerykańskiego Instytutu Kinseya) trwają o wiele krócej niż te z mniej atrakcyjnymi.

   Przy wysokim poziomie testosteronu mężczyźni mają jednocześnie bardzo niski poziom (w porównaniu z kobietami) oksytocyny i wazopresyny, dwóch peptydowych hormonów, które od dawna przez neurobiologów kojarzone są z utrzymaniem więzi społecznych i zaliczane do grupy tzw. hormonów wierności.

   Szczególnie interesujące jest działanie oksytocyny na pożądanie mężczyzn. Jej poziom wpływa na tzw. czas refrakcji, czyli czas, jaki upływa od ejakulacji do możliwości następnej erekcji. U mężczyzn z niskim poziomem oksytocyny ten czas jest o wiele krótszy niż u mężczyzn z wysokim poziomem tego hormonu. Krótko mówiąc, mężczyzna potencjalnie mniej wierny „może drugi raz” po piętnastu minutach, podczas gdy ten bardziej wierny dopiero po piętnastu godzinach. Ewolucja jest także w tym wypadku niesprawiedliwa dla kobiet…

   Jak już okazywało się wielokrotnie, pożądanie mężczyzn może być bardzo niebezpieczne… politycznie. Historia pokazuje, że dla pożądanych kobiet mężczyźni wywoływali wojny, w których wyniszczali całe narody lub zmieniali mapy świata. Wielu mężczyzn na tym świecie żyje według nieprawdziwej wskazówki w chwytliwym sloganie (wymyślonym notabene przez kobietę), twierdzącym, że „życie to pożądanie, cała reszta to tylko drobiazg”. Pożądający mężczyźni – zdobywając za wszelką cenę kobietę – poszukują głównie potwierdzenia. Samopotwierdzenia. Nic ich tak nie umacnia w przekonaniu o własnej wartości jak kobieta, która krzyczy. Ale nie ze złości. Z rozkoszy.

 

Janusz Leon Wiśniewski w książce Czy mężczyźni są światu potrzebni podjął się analizy związków międzyludzkich, które mają ogromny wpływ na nasze życie.

Autor zastanawia się nad małżeństwem – uczuciem miłości i pożądania, które staje się podwaliną związku lub chorobliwą zazdrością czy zdradą, jaka może zniszczyć nawet najbardziej udane małżeństwo. Wskazuje różnice płci nie tylko w postrzeganiu seksu, ale również uczuć. Stawia pytanie, jaką rolę w dzisiejszych czasach odgrywa mężczyzna i czy lęki, które zakłócają jego spokój, nie dewaluują stwierdzenia o sile męskiej płci.

To próba obalenia mitów na temat związków międzyludzkich i stereotypowego postrzegania zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Wiśniewski wysnuwa odważne tezy i prowokuje do dyskusji na tak ważny w życiu każdego temat.

ODBIERZ PREZENTY>>>

ADHD

ADHD – fakty

Nadpobudliwość psychoruchowa z deficytem uwagi (ADHD) nie jest zjawiskiem nowym: po raz pierwszy stan ten został opisany prawie sto lat temu, a dobroczynne efekty lekarstw stymulujących są dobrze znane od ponad połowy wieku. Dzisiaj, kiedy mówimy o ADHD, mamy na myśli niewielkie, ale widoczne odchylenie w normalnym funkcjonowaniu mózgu. Powoduje ono, że inteligentne dziecko osiąga gorsze od spodziewanych wyniki w nauce i zachowuje się źle, mimo iż otoczone jest opieką najwyższej jakości. Ten zestaw objawów był niegdyś nazywany nadaktywnością, następnie zaburzeniem z deficytem uwagi, a obecnie zyskał miano nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi. Przy tak dużym dzisiejszym zainteresowaniu ADHD można by pomyśleć, że jesteśmy dotknięci epidemią. Wbrew  pozorom ADHD nie występuje obecnie częściej niż w przeszłości – staliśmy się po prostu lepsi  w rozpoznawaniu tego bardzo realnego stanu, na który wcześniej nie zwracano uwagi lub który błędnie diagnozowano. Jednak mimo wzrostu wiedzy na ten temat wiele dzieci  wciąż pozostaje niezdiagnozowanych. Zdezorientowani rodzice są świadkami nieadekwatnych osiągnięć swojego dziecka w szkole, co przekłada się na ogromne napięcie w domu. Specjaliści są często równie nieświadomi; niektórzy wciąż uważają, że ADHD to przejściowa moda albo kiepska wymówka dla  niekompetentnego wychowania. Niektórzy przedstawiciele starej szkoły psychiatrii dziecięcej nadal postrzegają ADHD jako przejaw dysfunkcji i problemów w rodzinie dziecka. Na szczęście obwinianie rodziców zdarza się coraz rzadziej, a nauka ugruntowuje inne poglądy na temat przyczyn występowania tego stanu. Ponieważ ADHD jest powodowane przez subtelne odchylenie w działaniu mózgu, z początkami tego stanu mamy do czynienia już przy urodzeniu. Stopień trudności zależy od ostrości problemu dziecka oraz od tego, jak otoczenie radzi sobie z jego zachowaniem i edukacją. Nie można zmienić jego wrodzonej predyspozycji, ale z całą pewnością jesteśmy w stanie wpłynąć na środowisko domowe i szkolne, by w ten sposób pomóc dzieciom zachowywać się najlepiej, jak to możliwe, oraz wykorzystać maksimum ich potencjału.

Jako że wśród współczesnych rodziców wciąż zdarza się niewiedza na temat istoty ADHD, zacznijmy od podania podstawowych informacji o tym stanie. ADHD  jest rzeczywistym stanem chorobowym, który do pewnego stopnia dotyka w przybliżeniu od 2 do 5% wszystkich dzieci. Mówi się, że koncepcja ADHD jest kontrowersyjna, ale tak naprawdę dziś jakakolwiek kontrowersja dotycząca realnego istnienia tego stanu jest możliwa tylko mediach, nie w kręgach profesjonalistów.  Kiedy media  przedstawiają jakieś okropne zachowanie albo działania kryminalne jako typowe dla ADHD, podają nieprawdę. ADHD samo  z siebie nie sprawia, że dziecko działa w złej wierze albo jest umyślnie antyspołeczne. Tego typu problemy to przejaw ciężkich zaburzeń opozycyjno-buntowniczych (ang. oppositional defiant       disorder  – ODD) lub zaburzeń zachowania (conduct disorder  – CD). Zaburzenia te mogą być związane  z ADHD, ale nie są integralną częścią stanu, który opisujemy.

ADHD to biologiczny, dotyczący mózgu stan, którego przyczyną jest niewielki błąd  w precyzyjnym dostrojeniu normalnego mózgu (drobna dysfunkcja mózgu).

Uważa się, że ADHD jest związane z brakiem równowagi pomiędzy neuroprzekaźnikami: noradrenaliną  i dopaminą. Nierównowaga ta pojawia się  w głównej mierze w tych częściach mózgu, które są odpowiedzialne za samoobserwację i nakładanie hamulców na niemądre zachowania (płaty czołowe oraz ich głębokie połączenia – jądra podstawne  i móżdżek).  Te obszary dysfunkcji są obecnie odkrywane przez badaczy wykorzystujących do tego różne techniki skanowania mózgu: pozytonową tomografię emisyjną (ang. positron emission tomography

 – PET) oraz wolumetryczne, funkcjonalne obrazowanie metodą rezonansu  magnetycznego (ang. functionalmagnetic resonance imaging  – fMRI).

ADHD objawia się na dwa sposoby: poprzez impulsywne, słabo kontrolowane zachowanie (zachowanie nadaktywno-impulsywne) oraz problemy z uwagą, pamięcią krótkotrwałą i uczeniem się (problemy deficytu uwagi  i uczenia się). Dziecko może przejawiać jeden  z tych objawów osobno, ale najczęściej ADHD obejmuje połączenie obu elementów.  Dla ADHD rozpoznawane są znaczniki genetyczne.  Zachowania te  i problemy z uczeniem się nie występują wyłącznie przy ADHD. Wszyscy mamy z nimi do czynienia, ale w dużo mniejszym stopniu. Aby kwalifikować się do takiej diagnozy, dziecko musi znacząco odstawać od innych maluchów na tym samym poziomie rozwojowym i przy takim samym standardzie wychowania.

                                 

W dzisiejszych czasach większość specjalistów przyjmuje zaburzenie z deficytem uwagi i nadaktywnością (Attention Deficit Hyperactivity Disorder – ADHD) jako ważny element dzieciństwa. Wszędzie dookoła nas ADHD powoduje, że inteligentne dzieci nie dają sobie rady w szkole i mimo właściwego wychowywania sprawiają kłopoty w domu. Przy dzisiejszej świadomości tego stanu specjaliści i rodzice potrzebują praktycznych najświeższych informacji, jak można pomóc tym dzieciom, a celem niniejszej publikacji jest odpowiedzenie na tę potrzebę.

Wciąż trwa dyskusja na temat najlepszych sposobów diagnozowania ADHD, relatywnego znaczenia różnych rodzajów terapii oraz przypuszczalnych, ale jeszcze nieudowodnionych długoterminowych korzyści wypływających ze stosowania leków stymulujących. Te i inne nierozwiązane dotychczas kwestie nie są specjalnie istotne, jeśli wszyscy dążymy do osiągnięcia tego samego celu, jakim jest pomaganie tym dzieciom we wkraczaniu w dorosłość z możliwie najlepszym wykształceniem, wysokim poziomem pewności siebie, przydatnymi umiejętnościami życiowymi oraz nieuszkodzonymi relacjami rodzinnymi. Jeżeli wszyscy razem będziemy pracować dla tego celu, następna dekada będzie dużo łatwiejsza zarówno dla tych dzieci, jak i ich zestresowanych rodziców.
Zrozumieć ADHD to książka napisana przystępnym językiem, pełna sprawdzonych, praktycznych propozycji, odpowiednich do zastosowania zarówno w domu, jak i w klasie szkolnej.

Dowiesz się z niej:

  • jakie są fakty, a jakie mity na temat ADHD,
  • czego spodziewać się po dziecku z ADHD i jak zdiagnozować nadpobudliwość psychoruchową,
  • jak skłaniać dziecko z ADHD do nauki oraz słuchania i jak opanować jego nadpobudliwe reakcje,
  • jak radzić sobie z presją otoczenia i reakcjami osób trzecich: rówieśników dziecka, nauczycieli, sąsiadów,
  • jakie terapie zdają egzamin i jak je stosować.

O AUTORACH

Dr Christopher Green jest najbardziej znanym australijskim autorem książek o wychowaniu. Przez ponad dwadzieścia pięć lat służył rodzicom radami dotyczącymi opieki nad niemowlętami, małymi oraz starszymi dziećmi. Jest pediatrą i honorowym konsultantem Szpitala Dziecięcego w Westmead w Sydney. Do innych jego bestsellerowych książek należą: Poskramianie małego dziecka oraz Babies!, Beyond Toddlerdom.

Dr Kit Y Chee jest pediatrą specjalizującym się w problemach z zachowaniem i uczeniem się dzieci. Jest również honorowym lekarzem na Oddziale Rozwoju Dziecka w Children’s Hospital i konsultantką w Sydney Learning Clinic. Prowadzi badania z zakresu uczenia się, języka, ADHD i efektów podawania leków stymulujących u dzieci. Jej mąż, Arthur, również jest pediatrą.

ZROZUMIEĆ ADHD>>>

 

 

 

ODBIERZ PREZENTY>>>

Jak się odchudzać

Przygotuj przekąski

Wybierając dietę proteinową, jesteś w bardzo dobrej sytuacji: możesz bowiem jeść bez ograniczenia ilości, oczywiście tylko dozwolone produkty. Ale nie cho­dzisz głodny, co jest bardzo ważne.

Tym niemniej, myśli o jedzeniu nadal pojawiają się często w najmniej odpowiednich momentach. Dlate­go musisz od samego początku diety mieć zawsze pod ręką dozwolone przekąski. W Twojej lodówce muszą być serki (nie jeden czy dwa, ale co najmniej kilka), jogurty, kabanosy czy parówki drobiowe i jajka.

A co jak idziesz do pracy? Tam też pewnie jest lo­dówka, więc wypełnij także i ją. Jeśli jednak jesteś w miejscu, gdzie niekoniecznie jest miejsce na prze­chowywanie, miej jogurt pod ręką i ugotowane jajka. Spokojnie wytrzymają bez lodówki te kilka godzin.

Unikaj pokus

Nawała pokus równie jako morska burza dzielnych pływaków wznosi, a słabych zanurza.

Adam Mickiewicz

Każdy z nas ulega pokusom. A jeśli masz nadwagę, to im wcześniej zrozumiesz, że w kwestii jedzenia nie masz silnej woli, tym lepiej. Tym większe szanse, że dobrze przygotujesz się do diety.

Co więc należy zrobić? Wyrzuć jedzenie nie tylko z myśli. Oczyść najbliż­szą przestrzeń ze wszystkich produktów, które są niedozwolone w czasie diety (przypomnij sobie listę rzeczy zakazanych). Wyeliminuj zapasy z lo­dówki, szafek, skrytek, tylko Tobie znanych szu­fladek. Wyrzuć wszystko, co w chwilach słabości może Cię skusić. Postępuj zgodnie z przypomnia­ną wcześniej zasadą: czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Unikaj sytuacji związanych z niedozwolonym je­dzeniem. Jeśli masz możliwość wyboru terminu wakacji czy szkolenia, lepiej zaplanuj je na II fazę diety. Zwłaszcza w I fazie diety minimalizuj liczbę imprez, szczególnie tych ze szwedzkim stołem. Jak już znajdziesz się na tego typu przyjęciu, świado­mie sięgaj po produkty ze swojej dozwolonej listy. Zawsze miej taki spis pod ręką, lepiej upewnij się, zanim sięgniesz po coś nowego. Jeśli wybierasz się do dobrych znajomych, poin­3. formuj ich, że zaczynasz dietę. Jeżeli nie ma opcji, żeby chociaż jedno danie było przygotowane z myślą o Tobie, to poproś, aby nie namawiali Cię do jedzenia („Nie jesz, pewnie nie smakuje ci to, co zrobiłam” wytrąci z rytmu nawet najbardziej wytrwałych).Podobna sytuacja może mieć miejsce w pracy, 4. najlepiej poinformuj kolegów, że jesteś na diecie. Jeśli jednak z różnych względów nie chcesz mó­wić o sobie, po prostu w czasie ciasteczka złóż ży­czenia okolicznościowe i udawaj, że śpieszysz się na kolejne spotkanie. Zerwij z rutyną. Jeśli zazwyczaj podjadałeś w cza­5. sie oglądania TV, zajmij się w tym czasie czymś innym. Idź na spacer, posprzątaj albo przeczytaj książkę. Dzięki temu wprowadzisz nowy zwyczaj, eliminując w ten sposób stare nawyki. Staraj się mieć kilka sposobów na uniknięcie po­6. kusy, zanim jedzenie pojawi się w okolicach Two­jego wzroku. Niestety, często zapachy i kolory wy­mykają się spod kontroli (unikaj piekarń i cukierń jak ognia!).

Przestrzegaj prawidłowych nawyków jedzeniowych

Dieta proteinowa pozwala jeść dozwolone produkty w ilościach nieograniczonych. Tym niemniej lepiej jest przestrzegać zasad, które mogą tylko dodatkowo wesprzeć realizację Twojego celu, czyli osiągnięcie sukcesu i pozbycie się zbędnych kilogramów. Parę więc słów na temat prawidłowych nawyków jedze­niowych.

Śniadanie to podstawa

Chińskie przysłowie: śniadanie zjedz sam, obiadem podziel się z przyjacielem, a kolację oddaj wrogowi, pokazuje wagę pierwszego posiłku, który spożywamy w ciągu dnia. I chociaż zmieniły się standardy jedze­niowe w kontekście liczby spożywanych posiłków (więcej na ten temat poniżej), śniadanie nadal jest najważniejsze. Dostarcza bowiem organizmowi jakże potrzebnej do funkcjonowania przez cały dzień ener­gii. Jeśli do tej pory zapominałeś o śniadaniu, powin­no się to zmienić.

Niech pozycja „śniadanie” znajdzie się najwyżej na Twojej liście rzeczy do zrobienia.

Ile posiłków jeść w ciągu dnia?

Jest to sprawa zależna od typu danego organizmu i jego zapotrzebowania energetycznego. Jeśli pro­wadzisz bardzo aktywne życie i wykonujesz pracę fizyczną lub też ćwiczysz intensywnie, na pewno potrzebujesz więcej posiłków niż osoba, która pracuje w biurze.

Z pewnością jednak nie należy się objadać. Zanim na­łożysz sobie kolejną porcję, odczekaj około 10 minut, bo tyle potrzeba, aby informacja, że jesteś już naje­dzony, dotarła do mózgu.

Pewnie słyszałeś już o „rozciąganiu żołądka”, czyli o możliwościach elastycznych tego organu. Niestety to prawda. Im więcej jesz, tym większy on się staje. A im większy żołądek, tym większych porcji będzie się domagał. Jedząc mniej, a częściej, nie rozciągasz żo­łądka, przez co mniej odczuwasz głód. Całe szczęście ta zasada działa także w drugą stronę — żołądek się kurczy. Można więc swoje nawyki żywieniowe zmie­nić, przez co nasz żołądek nie będzie rozciągnięty.

Nie ma także sensu opuszczać posiłków, to wbrew po­zorom wcale nie pomaga w szybszym odchudzaniu. Organizm magazynuje wtedy nagromadzony posiłek, broni się, ponieważ nie wie, kiedy dostanie kolejną dawkę jedzenia. I tak tworzy się tkanka tłuszczowa.

No dobrze, w takim razie jaka jest prawidłowa od­powiedź na pytanie: ile powinienem jeść posiłków w ciągu dnia? I chociaż różne źródła podają inne liczby posiłków, odpowiedź moim zdaniem jest bar­dzo indywidualna. Musisz wsłuchać się w swój orga­nizm, on bowiem podpowiada Ci, kiedy jesteś głodny i w którym momencie powinieneś zatrzymać się na chwilę, żeby dostarczyć mu kolejnej dawki energii. Nie lekceważ tych sygnałów. Zazwyczaj normalny or­ganizm wysyła takie informacje do mózgu co 3–4 go­dziny, co oznacza spożywanie 4–5 posiłków w ciągu dnia.

Kiedy należy jeść ostatni posiłek?

Nie ma jednej, ustalonej, „ostatniej” konkretnej go­dziny na spożycie ostatniego posiłku w danym dniu. Nie jest to 18, 19 czy jakaś inna godzina. Punktem wyjścia powinno być ustalenie, kiedy kładziesz się spać. Ostatni posiłek powinieneś zjeść na 2–3 godzi­ny przed udaniem się w objęcia Morfeusza. Jest to optymalny czas, aby organizm strawił już część jedze­nia. Dzięki temu, że nie kładziesz się z pełnym brzu­chem i śpisz lepiej, nie odkładają Ci się niepotrzebne fałdki tłuszczu.

Co zrobić z nocnym podjadaniem?

Organizm nocą działa inaczej niż w ciągu dnia. Ponie­waż metabolizm obniża się do minimum, nasz orga­nizm ma spore trudności ze spaleniem wszystkiego, co zostało pochłonięte późną porą. W konsekwencji może powstać kolejny wałeczek tłuszczu. Postaraj się nad tym zapanować i jeść ostatni posiłek 2–3 godziny przed snem.

Jeśli zauważasz, że jedzenie znika z lodówki, rano zastajesz bałagan w kuchni, pomimo że sprzątałeś wieczorem, i kompletnie nie jesteś świadomy swoich nocnych wycieczek kulinarnych, to być może cierpisz na zespół jedzenia nocnego. Najlepiej jak najszybciej skonsultuj się z lekarzem.

Kiedy pić wodę?

Z punktu o „niezbędniku” dowiesz trochę więcej o tym, dlaczego woda jest tak ważna dla naszego or­ganizmu. Tym razem podpowiedź w kontekście wody i posiłków.

Staraj się wypić szklankę wody na 10 minut przed jedzeniem. Wtedy mózg zdąży już otrzymać infor­macje, że jesteś syty. Istnieje więc duże prawdopodo­bieństwo, że zjesz mniej.

Unikaj popijania w czasie jedzenia. Płyn powoduje, że pokarm zgromadzony w żołądku „ubija się”, mo­żesz więc zjeść większe ilości. Zostają także rozcień­czone soki trawienne i w konsekwencji mogą pojawić się wzdęcia.

Alkohol nie jest wskazany w czasie diety

Często nazywany jest „pustymi kaloriami”, ponie­waż oprócz kalorii nie posiada żadnych składni­ków odżywczych. Ponadto obciąża układ trawienny, a w szczególności wątrobę — zmniejsza jej zdolność do spalania tłuszczów.

Kolejny negatywny wpływ alkoholu na nasz organizm to wypłukiwanie „dobrych” elementów, czyli witamin i innych istotnych dla prawidłowego funkcjonowania mikroelementów.

Ponadto działa odwadniająco: 1 ml alkoholu wypłu­kuje z organizmu aż 10 ml wody. A w wypadku diety proteinowej woda ma ogromne znaczenie. Należy także pamiętać, że po alkoholu rośnie apetyt, a spada silna wola, co może bardzo niekorzystnie wpłynąć na Twoją dyscyplinę żywieniową.

W czasie diety organizm reaguje na niego zupełnie inaczej. Może zdecydowanie szybciej zaszumieć Ci w głowie, nie mówiąc już o ogromnym „kacu” następ­nego dnia. Bądź więc ostrożny.

Zaopatrz się w odpowiednie przybory kuchenne

Zrób przegląd zawartości swojej kuchni. Podejrze­wam, że dużo rzeczy z listy poniżej już posiadasz. Je­śli nie, pomyśl o tym w ten sposób: na początku każ­dej inwestycji trzeba ponieść pewne koszty, a w tym wypadku to inwestycja w samego siebie, więc tym bardziej warto.

Co powinieneś mieć w kuchni, rozpoczynając dietę proteinową?

Waga kuchenna i miarka

Szczególnie ważna dla młodych, którzy dopiero za­czynają swoją przygodę z gotowaniem. Z pewnością będziecie korzystali z przepisów dla diety proteino­wej, a najczęściej podawane są tam konkretne ilości składników, których należy użyć. Bez wątpienia waga i miarka ułatwią Wam gotowanie, zanim zaczniecie się bardziej samodzielnie poruszać po kuchni.

Patelnia grillowa

Niezastąpiona w przyrządzaniu potraw bez tłuszczu, właściwie wszystkich rodzajów mięs, ryb oraz wa­rzyw. Można powiedzieć, że konieczny zakup w wy­padku ograniczania tłuszczu w diecie.

Ręczny blender kuchenny

Służy do miksowania lub mieszania. Idealny do II fazy, kiedy możesz jeść zupy.

Naczynie do gotowania na parze

Może być to 2-częściowy garnek ze stali nierdzewnej, bam­busowy koszyk z pokrywką, który ustawia się na garnku, sito do gotowania na parze lub parowar elektryczny.

Idealny do ryb, drobiu, mięsa mielonego oraz wa­rzyw. Potrawy zachowują wszystkie składniki odżyw­cze, warzywa nie tracą kolorów i wreszcie nie trzeba potraw dosalać. Główna zaleta: wszystkie potrawy gotujesz bez użycia ani grama tłuszczu!

Ostry nóż

Główne narzędzie w kuchni, więc tylko w kwestii przypomnienia. Podstawą diety proteinowej jest mię­so. Aby dobrze je kroić, porcjować czy też oddzielać skórę, potrzebujesz naprawdę dobrego noża.

Mniejsze talerze

Jeśli do tej pory miałeś zwyczaj jadać na olbrzymich talerzach, zaopatrz się w mniejsze. Dieta proteinowa co prawda nie ogranicza jedzenia pod względem ilo­ści, tym niemniej nie ma sensu rozciągać sobie żołąd­ka. Mniejsze talerze ograniczają wielkość i liczbę por­cji. Jak skończysz jeść, poczekaj 10 minut i wsłuchaj się w swój organizm, czy aby nadal jesteś głodny i czy warto dołożyć kolejną porcję.

Folie – rękaw do pieczenia oraz folie aluminiowe

Rękawów do pieczenia możesz szukać w sklepie w dwóch miejscach: pierwsze to półki z foliami alumi­niowymi, foremkami do pieczenia, drugie natomiast to półka z przyprawami, sosami w proszku — tam znajdziesz rękaw do pieczenia już razem z odpowied­nio dobraną mieszanką przypraw. Rękaw do piecze­nia jest idealny: z jednej strony pozwala na pieczenie w piekarniku bez dodatku tłuszczu, z drugiej natomiast minimalizuje liczbę naczyń, jakich używasz w kuchni, przez co sprzątanie jest łatwiejsze i szybsze.

Folia aluminiowa pozwala na zabezpieczenie potrawy przed nadmiernym wysuszeniem w trakcie pieczenia.

Patyczki do szaszłyków

Szaszłyki drobiowe stanowią bardzo ważną część die­ty proteinowej, dają też możliwość niesamowitej in­wencji, np. szaszłyki z papryką i pomidorkami koktaj­lowymi, kurczak w pistacjach i z bazylią. I dużo, dużo innych możliwości. W zależności od tego, w jakiej fa­zie diety jesteś, tak komponujesz szaszłyki. Dlatego miej zawsze w swojej szafce patyczki. Możesz zain­westować w metalowy sprzęt — takie patyki ze stali nierdzewnej także znajdują się w sklepach.

Dieta proteinowa” Poli Majkowskiej to bogate kompendium wiedzy, zestawiające najważniejsze informacje ze wszystkich dostępnych na rynku publikacji na ten temat, wraz z doświadczeniem dziesiątek ludzi, którzy poznali odchudzającą moc protein. Bez tracenia czasu i pieniędzy dowiesz się z niej, jak skutecznie przejść przez wszystkie 4 fazy diety proteinowej, a w tym:

  • jak formować cele oraz manifest,
  • jak tworzyć plany jedzenia, jak konstruować posiłki,
  • poznasz zapomnianą sztukę efektywnych zakupów,
  • poznasz techniki unikania pokus,
  • poznasz proste i skuteczne katalizatory odchudzania,
  • odkryjesz, w jaki sposób dorównać wizerunkowi siebie, jaki masz w głowie.

Ale to nie wszystko! Bogato opisane założenia teoretyczne diety proteinowej wzbogacone zostały o specjalny BONUS w postaci zbioru przepisów na dania z drobiu, ryb i serów! Dzięki temu w zaledwie kilka minut samodzielnie przygotujesz obiad, kolację, czy pyszne przekąski do podjadania między głównymi posiłkami – zgadza się! – w tej diecie można, a nawet trzeba podjadać!

Teraz nie musisz już dłużej wybierać pomiędzy dobrym samopoczuciem, jakie gwarantuje Ci jedzenie, a świetnym wyglądem, który utoruje Ci drogę do lepszego życia! Z „Diety proteinowej” Poli Majkowskiej nauczysz się, jak mieć jedno i drugie!

ODBIERZ PREZENTY>>>

Przywódca w zdrowej firmie

 Krytycy Richa O’Connora powiadali, że sprzyjało mu szczęście. Inni byli przekonani, że posiadał naturalny dar zarządzania|  i przywództwa.

 Jedni i drudzy byli w błędzie.

  Jeśli wszystko jest ważne, to nic nie jest ważne.

 Nikt chyba nie rozumie lepiej potęgi tego stwierdzenia, niż osoba kierująca organizacją. Niezależnie od tego, czy chodzi o międzynarodową korporację, departament większej firmy czy małą firemkę, każda organizacja dostarcza swojemu przywódcy więcej zawirowań i zmartwień, niż może udźwignąć jedna osoba. Kluczem do sprostania temu wyzwaniu jest oczywiście ustalenie rozsądnej liczby spraw, które mają prawdopodobnie największy wpływ na naszą organizację i poświęcenie większości czasu na myślenie, rozmowy i pracę nad tymi właśnie sprawami.

 Ale jakie to sprawy? Zanim potrafimy je zidentyfikować, musimy zrozumieć, co tak naprawdę jest absolutnie konieczne dla sukcesu organizacji. Jestem przekonany, że wszystkie organizacje odnoszące sukcesy mają dwie wspólne cechy: są mądre i zdrowe. Organizacja przejawia swoją mądrość w tworzeniu inteligentnych strategii, planów marketingowych, produktów i modeli finansowych, zapewniających im przewagę konkurencyjną nad rywalami. Przejawem zdrowia organizacji jest eliminacja polityki i zamętu, zapewniająca wyższe morale, niższą rotację pracowników i wyższą wydajność.

 Obie te rzeczy są niezwykle ważne, ale zauważyłem, że większość przywódców poświęca większość swojego czasu i energii na to, by ich organizacje stały się mądrzejsze, natomiast niewiele wysiłku wkłada w to, by były zdrowsze. Wydaje się to zrozumiałe, jeśli przypomnimy sobie, na czym się skupiają szkoły biznesu i media poświecone biznesowi. To jednak wielka szkoda, gdyż atrybuty zdrowia organizacji są potężne i wyjątkowe.

 Po pierwsze, zdrowym organizacjom łatwiej jest być mądrzejszymi. Nawet jeśli ich pomysły są jeszcze mało znaczące w porównaniu z konkurencją, mają zazwyczaj wystarczająco pokory i skuteczności, by zauważyć swoje braki i wprowadzić zmiany w swoich planach, zanim będzie za późno. Z drugiej jednak strony wiele anonimowych i zapomnianych firm roztrwoniło swoją przewagę intelektualną z powodu wewnętrznych konfliktów, braku przejrzystości i innych problemów trapiących niezdrowe organizacje.

Po drugie, zdrowe firmy są mniej podatne na zwykłe codzienne problemy, niż te, którym brakuje zdrowia. Na przykład w trudnych czasach pracownicy zdrowych organizacji wciąż będą zaangażowani, pozostaną w nich dłużej, aż w końcu uda im się na nowo wypracować przewagę konkurencyjną.

I w końcu – co najistotniejsze – nikt inny, jak tylko szef organizacji może sprawić, że będzie ona zdrowa. Wprawdzie kierujący często delegują odpowiedzialność za strategię, technologię, marketing czy finanse na swoich bezpośrednich przełożonych, jednak nikogo innego, jak tylko siebie samych, nie mogą obarczyć odpowiedzialnością za dobre samopoczucie i kulturę organizacji.

Tak więc, bez względu na to, jak dziwne może się to wydawać, tak naprawdę dla przywódcy ważniejsze jest skupienie się na zdrowiu organizacji niż na jej mądrości.

Nie chciałbym jednak być źle zrozumiany. Absolutnie nie twierdzę, że rzeczy takie jak strategia, innowacyjność produktu czy marketing są nieważne. Są przecież kluczowe i zasługują na wiele uwagi i troski ze strony kierownictwa. Chodzi mi tylko o to, że te sprawy zyskują nieproporcjonalnie więcej uwagi ze strony kierujących się dobrymi intencjami i inteligentnych menedżerów, którzy jakoś nie potrafią znaleźć czasu i wykrzesać energii w celu skupienia się na zdrowiu organizacji.

Dlaczego tak się dzieje? Dlatego, że zdrowie organizacji jest trudno mierzalne, a jeszcze trudniej osiągalne. Wydaje się więc mniej ważne dla szefów preferujących bardziej ilościowe i rzetelne metody kierowania firmami. Uczynienie organizacji zdrową wymaga też więcej czasu, niż wdrożenie strategii technicznej lub marketingowej przynoszącej natychmiastowe rezultaty i korzyści.

Najważniejsze jest chyba jednak to, że zdrowie organizacji często bywa zaniedbywane, ponieważ wymaga zmierzenia się z realiami ludzkich zachowań, a pokusę omijania tych problemów ma każdy, nawet najbardziej zaangażowany szef. Wymaga to przecież pewnej dyscypliny i odwagi, na które potrafi się zdobyć tylko szef prawdziwie wyjątkowy.

Celem tej książki jest pomoc ludziom zajmującym kierownicze stanowiska w zrozumieniu rozbrajającej prostoty i potęgi zdrowia organizacji oraz przedstawienie czterech kroków umożliwiających jego osiągnięcie. Zaczyna się od opowieści o dwóch firmach, zdrowej – zwalczającej potencjalnego wirusa i chorej – desperacko poszukującej lekarstwa.

 przywódca

Cztery obsesje wyjątkowego szefa.

 Patrick Lencioni przedstawia jeszcze jedną opowieść o przywództwie, której każdy element jest równie porywający i pouczający, jak wszystkie poprzednie.
Tym razem Lencioni skupia się na kluczowej roli przywódcy w budowaniu zdrowej organizacji – często pomijanym, a niezwykle istotnym elemencie życia biznesowego, będącym podstawą trwałego sukcesu.

ODBIERZ PREZENTY>>>

Jak biegać zdrowo

Cele biegacza – dlaczego warto biegać?

Dążenie do biegania lepiej, do rozwoju nas jako biegaczy może oznaczać realizację różnie określonych celów:

biegania na dłuższe dystanse, poprawiania czasu potrzebnego do przebiegnięcia danego dystansu czy poprawy naszej wydolności fizycznej (przebiegnięcia podobnego dystansu w podobnym czasie ale mniejszym nakładem wysiłku – bardziej efektywnie).

Zasady biegacza – jak biegać zdrowo?

1. Zanim zaczniesz biegać, zbadaj się.

Bardzo dobre jest zrobienie badania biomechanicznego, które polega na filmowaniu biegacza w czasie biegu.

Badanie to wychwytuje wiele błędów. W badaniu wychodzą na jaw podstawowe problemy, niekoniecznie te, które nam wydają się najważniejsze, np. czy biegamy z palców czy z pięty. Badanie biomechaniczne powinno być częścią „pakietu biegacza” – w ramach którego osoba biegająca jest dokładnie badana, jest przeprowadzany szczegółowy wywiad i właśnie badania biomechaniczne. Pakiet kończy się spotkaniem z trenerem, który poleca odpowiednie ćwiczenia.

W bieganiu ważna jest wszechstronność: liczy się nie tylko samo bieganie, ale też np. przygotowanie na siłowni, ogólne dbanie o mięśnie i podejście w sposób „szeroki” do naszego zdrowia.

Jeżeli dziecko chce zacząć biegać, idzie do lekarza sportowego i jest badane. Musi być w końcu zdrowe, by uprawiać sport. Podobna sytuacja jest w przypadku dorosłych osób. Powinni oni zacząć od wizyty u lekarza. Wiele schorzeń mimo, że nie manifestują się żadnym bólem, może być przeciwwskazaniem do biegania czy innej intensywnej aktywności fizycznej i nawet jeżeli chcemy tylko uprawiać nordic walking powinniśmy najpierw udać się do lekarza.

Nie bagatelizuj dolegliwości – słuchaj swojego organizmu.

Jeśli już rozpoczęliśmy przygodę z bieganiem i w trakcie jego uprawiania pojawiają się jakieś dolegliwości, zgłośmy się szybko do lekarza.

2. Wyznaczaj sobie krótkoterminowe cele, realne do osiągnięcia. Jeżeli na początku jest Ci trudno biec, zacznij od marszu i stopniowo zwiększaj obciążenie.

3. Starannie dobieraj sobie sprzęt.

Jest to bardzo ważna rzecz. Aby dobrze dobrać buty, musimy wziąć pod uwagę szereg czynników: naszą budowę, technikę biegu, czy cele treningowe. Proces wyboru butów powinien być bardzo staranny, o ile jest to możliwe z wykonaniem badania biomechanicznego.

4. Rozgrzewaj się i rozciągaj przed i po bieganiu.

Aby się dobrze biegało, aby nie było tzw. zakwasów (jest to termin mylący, ponieważ są to tak naprawdę mikrouszkodzenia mięśni) i aby móc przebiec dłuższy dystans należy przeprowadzić przed bieganiem rozgrzewkę. Dobrze jest się rozciągać przed i po biegu.

Po biegu dobrze jest zrobić „rozbieganie”, czyli przebiec pewien dystans trochę wolniejszym tempem. Dzięki temu pozwalamy, żeby mięśnie jeszcze pracowały, ale z dużo mniejszą intensywnością. Nadal przepływ krwi przez mięśnie jest zwiększony, co powoduje, że różne niekorzystne dla nas produkty przemian metabolicznych są łatwiej wypłukiwane, a kwas mlekowy jest utylizowany w procesach tlenowych.

Po biegu należy się też porozciągać – zmniejsza to ryzyko skurczów. Stosujemy bierne rozciąganie, ustawiamy się w odpowiednie pozycji, wytrzymujemy około 15-30 sek. (dopiero po ok. 15 sek. mięśnie się rozluźniają), z rozciągnięciem danego mięśnia aż do granicy bólu, i następnie się rozluźniamy.

W oczyszczeniu naszego organizmu ze szkodliwych produktów przemiany materii powstałych po biegu pomaga też gwałtowne, szybkie schłodzenie naszego ciała. Wchodzimy do wody z lodem o temperaturze 3 – 4 stopni Celsjusza, i zanurzamy się w niej po szyję (lub przynajmniej dolne partie ciała) na 3 minuty.

Mięśnie są najpierw oziębione a naczynia krwionośne obkurczone, a po wyjściu z wody naczynia krwionośne gwałtownie się rozszerzają, zwiększa się przepływ krwi, noga robi się czerwona i szkodliwe substancje są wypłukiwane. Masaż nóg lodem to jeszcze skuteczniejsza forma takiej kąpieli.

5. Pij w czasie biegu

Należy pić w trakcie biegania, jeżeli trenujemy w dużym upale lub trening trwa ponad godzinę.

Najczęstszym błędem podczas biegania jest niepicie, picie za mało, bądź nie tego co trzeba. Na piciu możemy najwięcej zyskać lub stracić. Uczucie pragnienia pojawia się, gdy się odwodnimy o 2-3%.

Czekanie na ten sygnał jest jednak bardzo ryzykowne (uczucie pragnienia występuje, gdy już jesteśmy  odwodnieni), gdyż jeśli się odwodnimy o 4% , to nasza wydolność spadnie aż o 40%. Jeżeli za mało pijemy, to zmniejszamy gwałtownie nasze szanse na efektywny bieg i dobry wynik. W trakcie biegu odwadniamy się, tracąc wodę z oddechem i pocąc się, w efekcie krew  się zagęszcza i przestaje docierać do najdrobniejszych naczynek krwionośnych tzw. naczyń włosowatych.

Mięśnie stają się niedotlenione, mają za mało materiału energetycznego, również mózg jest niedotleniony, spada motywacja i koncentracja.

Niepicie podczas biegu objawia się postępującym znużeniem i w końcu niemożnością wykonania kolejnego kroku. Dlatego w czasie biegania (treningu dłuższego niż godzina) bezwzględnie należy pić. Należy pić przed biegiem, a następnie w jego trakcie małymi łykami, gdyż wtedy najlepiej wchłaniamy płyny. Ile należy wypić w trakcie biegu?

Aby określić nasze zapotrzebowanie na płyny w trakcie danego biegu najlepiej jest zrobić test. Zaczynamy od zważenia się przed treningiem, w trakcie którego przebiegniemy np. półmaraton (chcemy określić nasze zapotrzebowanie na płyny w czasie półmaratonu). Następnie ważymy się po tym dystansie. Do powstałej różnicy dodajemy objętość moczu, który oddaliśmy po drodze (najlepiej to zmierzyć, w ostateczności możemy założyć około 250-300 ml na każdorazową wizytę w toalecie).

To co uzyskamy wraz z ilością płynów, które przyjęliśmy po drodze da nam zapotrzebowanie naszego organizmu na płyny podczas danego rodzaju biegu. Może się okazać, że podczas półmaratonu tracimy np. 2 litry płynu pocąc się i oddychając.

Należy dążyć do pełnego zaspokojenia naszego zapotrzebowania na płyny podczas biegu. Jeśli nie jesteśmy w stanie tego zrobić w czasie samego biegu, brakująca objętość płynu należy uzupełnić bezpośrednio po biegu. W celu pełnego nawodnienia, w trakcie i po treningu powinniśmy wypić około 50% więcej płynów, niż straciliśmy.

Co należy pić?

Najlepiej jeżeli to co pijemy jest izotoniczne (czyli ma takie samo stężenie węglowodanów i elektrolitów, co ludzki organizm) i zawiera łatwo przyswajalne substancje energetyczne (węglowodany). Ewentualne braki węglowodanowe po zakończeniu wysiłku powinniśmy uzupełnić w ciągu pierwszych 15 minut. Szacuje się, że do około 30 minut po biegu przyswajalność węglowodanów jest zwiększona, dzięki czemu mięśnie szybciej się regenerują (a dokładniej regenerowany jest zapas glikogenu, a nie sama tkanka mięśniowa) do następnego wysiłku.

 WIĘCEJ: JAK BIEGAĆ ZDROWO>>>

ODBIERZ PREZENTY>>>

Dieta – jak schudnąć

Ustal datę rozpoczęcia diety

Musisz wyznaczyć sobie prognozowaną datę rozpo­częcia. Po przeczytaniu wszystkich punktów ocenisz, czy jest realistyczna. Data rozpoczęcia diety będzie Cię mobilizowała do przygotowania się i odrobienia zadania domowego w postaci odhaczenia punktów z listy poniżej. Bądź uczciwy wobec siebie samego i nie przekładaj jej na kolejny poniedziałek.

Odradzam rozpoczynanie diety, kiedy w perspek­tywie są święta, urlop lub jakakolwiek kilkudniowa uroczystość, która może zdekoncentrować Cię na po­czątku odchudzania.

Według mnie powinien być to miesiąc od dnia, w któ­rym czytasz tę część niniejszej publikacji.

Dlaczego miesiąc, a nie krócej?

Spójrz na zawartość tego rozdziału. Składa się on z kilkunastu punktów, które powinieneś wziąć pod uwagę, zanim rozpoczniesz dietę. Zakładając, że będą to aktywności dodatkowe, które pojawią się na Two­jej miesięcznej liście obowiązków, oceń realistycznie, czy będziesz w stanie wykonać je wcześniej. Nie ma sensu na samym początku nadawać sobie zbyt ostre­go tempa.

Dlaczego miesiąc, a nie dłużej?

Jest to wystarczający czas na to, żebyś wykonał wszystkie zadania wynikające z tego rozdziału. Nie odkładaj momentu rozpoczęcia diety w nieskoń­czoność. Po pierwsze dlatego, że możesz zapomnieć już o niektórych wytycznych, a po drugie dlatego, że prawdopodobnie stracisz cały entuzjazm, jaki aktual­nie posiadasz, szczególnie po przeczytaniu rozdziału mówiącego o tym, jakie będzie Twoje życie, kiedy od­niesiesz sukces.

I nie objadaj się w tym miesiącu, niepotrzebnie możesz przybrać kilka kilogramów w tak krótkim czasie.

Skonsultuj się z lekarzem

Być może po lekturze 2. rozdziału zorientowałeś się, że jedną z przyczyn otyłości może być jakaś choroba. Mam nadzieję, że wizytę u lekarza masz już za sobą.

Jeśli nie odnalazłeś u siebie żadnych objawów i czujesz się świetnie (oprócz oczywiście tych dodatkowych ki­logramów), to i tak mocno zalecam wizytę u lekarza.

Wyniki badania krwi i moczu, które zrobisz na począt­ku diety, pomogą kontrolować Twoje zdrowie w jej trakcie. Jeśli planujesz 10-dniową fazę uderzeniową, konsultacja lekarska będzie bardzo wskazana.

Przygotuj tygodniowy plan jedzenia

Planowanie jedzenia to bardzo istotny punkt w przy­gotowaniu się do rozpoczęcia diety. Szczególnie waż­ny na samym początku, kiedy to dopiero zaczynasz poruszać się na tym poligonie produktów dozwolo­nych. I aby unikać zaminowanych terenów, zarówno w sklepie, jak i we własnej lodówce, tygodniowy plan jedzenia jest kluczowy.

Zastanów się nad tym, co lubisz jeść. Twoje menu nie może składać się z produktów, na których widok wcześniej odwracałaś się z obrzydzeniem. Lista pro­duktów dozwolonych jest naprawdę szeroka, a wybór w sklepie przeogromny, więc na pewno znajdziesz coś dla siebie.

Tygodniowy plan jedzenia powinien odzwierciedlać tak naprawdę fazę odchudzania, w której aktual­nie się znajdujesz. Ma także pomóc w prawidłowym przejściu do kolejnego etapu diety.

Poznaj korzyści wynikające z planowania jedzenia:

Systematyczność

Z planu wynika, kiedy powinieneś zrobić zakupy, nie będzie więc to przypadkowe działanie. Możesz więc tak planować swoje tygodniowe aktywności, żeby uwzględnić sklep na swojej liście „do zrobienia”.

Oszczędzasz czas

Robisz „efektywne” zakupy, czyli poruszasz się tylko w rejonach sklepu z produktami dozwolonymi. Ku­pujesz te rzeczy, których potrzebujesz, a wszystko to trwa zdecydowanie krócej niż dotychczas.

Oszczędzasz pieniądze

Kierując się listą zakupów, unikasz pokus w posta­ci produktów niedozwolonych, nawet jeśli są akurat w niesamowitej promocji. Ponadto nie kupujesz pro­duktów, których w danym tygodniu nie wykorzystasz i być może w konsekwencji musiałbyś je wyrzucić.

Gotujesz to, co zaplanowałeś

Masz wszystkie produkty potrzebne do ugotowania danej potrawy, o niczym tym razem nie zapomniałeś.

Nie myślisz ciągle o jedzeniu

Masz plan, który sam sobie stworzyłeś, więc zakładam, że są tam pozycje, które lubisz i akceptujesz. Nie musisz ciągle myśleć o tym, że jesteś na diecie. Zapominając o jedzeniu, możesz koncentrować się na codziennych obowiązkach. Twoje myśli niech raczej krążą wokół tego, jakie będzie Twoje życie, jak już odniesiesz sukces, niż wokół tego, co możesz, a czego nie możesz zjeść.

Prowadź dzienniczek

Punkt mocno związany z poprzednim. Plan jedzenia prowadź w dzienniczku. Najlepiej zaadaptuj sobie kalendarzyk, w którym możesz robić notatki. Może być także zwykły zeszyt, do którego dopiszesz daty. Wybierz, co wolisz i co masz akurat pod ręką.

W takim dzienniczku, oprócz już omówionego ty­godniowego planu jedzenia, możesz notować swoje uwagi: smakowało, nie smakowało, ile kosztuje, na ile dni starcza, ile czasu zajęło przygotowanie danej potrawy, chcę ten przepis powtórzyć, warto podzielić się ze znajomymi. Wszystkie obserwacje, które są dla Ciebie istotne i o których nie chcesz zapomnieć.

Oczywiście tutaj także zapisuj Twoje cotygodniowe wyniki pomiaru.

Zapiski pomogą również zrozumieć swoje nawyki je­dzeniowe. Notuj, o której godzinie zjadasz konkretny posiłek. Pomimo że możesz jeść produkty dozwolo­ne w nieograniczonych ilościach, podstawowe zasa­dy żywieniowe pozostają bez zmian (o tym więcej za chwilę).

Dzięki dzienniczkowi będziesz wiedział, w jakich go­dzinach jadasz największe posiłki i z czego to wyni­ka. Czasami nie mamy świadomości, że to wieczorem spożywamy najbardziej obfite porcje.

Notuj także informacje o emocjach, jakie Ci towarzy­szą przy jedzeniu. Zrozumienie „dlaczego” jesz w da­nym momencie, pozwoli Ci na lepsze przygotowanie się. Jeśli to jest odreagowanie stresu i podjadasz za­wsze po powrocie do domu, może lepiej na ten czas zaplanować spacer albo wizytę na basenie? Ogólnie mówiąc, jakąkolwiek aktywność, która pomoże Ci wyciszyć się po pracy i jednocześnie zapobiegnie pod­jadaniu pod wpływem impulsu.

Gotuj większe porcje 2–3 razy w tygodniu

Nie musisz gotować codziennie. Spokojnie możesz robić to 2–3 razy w tygodniu, czyli prawdopodobnie tak, jak do tej pory. Po przygotowaniu podziel danie na mniejsze porcje i albo przechowaj w lodówce na kolejny dzień, albo zamróź.

Po pewnym czasie zgromadzisz w zamrażarce już róż­ne dania i wtedy każdego dnia odmrażaj sobie to, co zaplanowałeś. Zapisuj w swoim dzienniczku, co aktu­alnie wrzucasz do zamrażarki — dzięki temu będziesz miał nad tym pełną kontrolę.

Takie „kilkudniówki” pomogą Ci także w planowaniu już kolejnych potraw, masz bowiem czas na zastano­wienie się, poszukanie nowych interesujących prze­pisów i w konsekwencji przemyślane zakupy odpo­wiednich składników.

Dieta nie może Ci się kojarzyć z codziennym obowiąz­kiem, a gotowanie z czynnością, od której na samą myśl robi się gorąco. Eksperymentuj, próbuj nowych przepisów, baw się jedzeniem i gotowaniem, odkry­waj nowe smaki. Pokaż swoją kreatywność w kuchni. Jedyne ograniczenie, jakie masz na tym polu, to lista dozwolonych składników. Na większe szaleństwa ku­linarne pozwól sobie wtedy, kiedy masz więcej czasu.

Staraj się o różnorodność na talerzu

Najgorsza w życiu jest monotonia. W wypadku diety jest ona podwójnie niebezpieczna, może bowiem skło­nić Cię albo do zjedzenia czegoś spoza listy produktów dozwolonych, albo w najgorszym wypadku do całko­witej rezygnacji z niej. Nie wspomnę już o wyrzutach sumienia, które pojawiają się zawsze po chwili krót­kotrwałej ekstazy spowodowanej zjedzeniem zakaza­nego owocu. Czy warto się na nie narażać?

Jednym ze sposobów, abyś nie szukał chwilowych przyjemności, jest planowanie różnorodnych posił­ków. Dieta proteinowa jest tak skonstruowana, że masz całkiem duży zasób produktów już od pierwszej fazy. Później stopniowo rozszerzasz gamę produktów dozwolonych. Nie osiągniesz sukcesu, jeśli będziesz traktować dietę jako zło konieczne.

Jedzenie powinno być smaczne, pachnące przypra­wami, kolorowe — czyli takie, żeby działało na Twoje zmysły. Unikaj nudy i rutyny, dodawaj do swojej die­ty zupełnie nowe przepisy.

Spraw sobie segregator

Przepisy na potrawy z diety proteinowej są już sze­roko dostępne. Powstały nawet książki poświęcone tylko temu zagadnieniu. Dostęp do wiedzy jest więc bardzo łatwy. W punkcie o różnorodności na talerzu pisałam o tym, jak ważne jest unikanie rutyny. Miej więc oczy i uszy otwarte na nowości, zbieraj najbar­dziej ciekawe przepisy w jedno miejsce, drukuj, wy­cinaj i twórz swoją księgę przepisów. Twórz ją przez cały czas: zobaczysz, ile satysfakcji przyniesie Ci po­większający się zbiór.

Najlepszy do tego jest właśnie segregator. Możesz w nim zrobić odpowiednie sekcje, np. drób, wołowi­na, ryby, warzywa, zupy, śniadania. Przy planowaniu kolejnego tygodnia, zamiast poszukiwania pomysłów, wystarczy, że otworzysz swoją księgę i rozwiązanie gotowe. Każdy przepis posiada listę składników, nie ma więc mowy o tym, że o czymś zapomnisz.

Uwzględnij odpowiednią ilość snu w codziennym planie dnia

Dlaczego to tak ważne, zauważył już Cyceron1: „Czym sen dla ciała, tym przyjaźń dla ducha — odświeża siły”.

I na tym właściwie moglibyśmy zakończyć, ten cytat tłumaczy praktycznie wszystko.

Spójrzmy jednak jeszcze na bardziej naukowe wy­tłumaczenie wpływu braku snu na nadwagę. Zacząć należy od tego, że posiadamy 2 przeciwstawne sobie hormony odpowiedzialne w naszym organizmie za łaknienie: grelinę i lektynę. Pierwszy z tych hormo­nów ma za zadanie przekazać organizmowi informa­cję o tym, że jesteśmy głodni. Zadanie drugiego nato­miast jest wręcz odwrotne: to on przesyła do mózgu wiadomość, że jesteśmy już syci. Gdzie więc wpływ snu? Już odpowiadam. W niewy­spanym organizmie poziom greliny wzrasta, a lekty­ny spada. W praktyce oznacza to nic więcej jak zwięk­szoną skłonność do jedzenia. Masz większy apetyt, i co więcej, zjadasz duże ilości pokarmu, a Twój mózg wciąż otrzymuje sprzeczne informacje, że nadal je­steś głodny. Jeśli dodam jeszcze do tego, że obniże­nie poziomu lektyny wpływa także na spowolnienie przemiany materii, tym bardziej dostrzeżemy istotę wpływu ilości snu na naszą wagę ciała.

Jakże miłe zalecenie: wysypiaj się dobrze.

Zakupy rób z listą

Planowanie jedzenia niezmiernie pomaga także w rozsądnych zakupach. Doskonale wiesz, że można wyjść ze sklepu z tysiącem produktów, których wcale nie zamierzałeś kupić, ale zupełnie przypadkowo zna­lazły się w Twoim koszyku. Promocja ciastek: „Kup jedno, drugie dostaniesz gratis” to przecież wyjątko­wa okazja, jak mogłeś ją ominąć! Dałeś się skusić na spróbowanie nowego jogurtu z owocami, a przecież jak już spróbowałeś, to nie wypada odmówić zakupu, więc kupujesz całą zgrzewkę, bo tylko tak sprzedają. Przykłady można mnożyć w nieskończoność.

Dlatego planuj zakupy (zobacz też punkt o planowa­niu jedzenia), do sklepu idź z gotową listą produktów, które powinieneś mieć. Trzymaj się jej konsekwent­nie, a zobaczysz, że dieta pomoże Ci nawet w ograni­czeniu wydatków miesięcznych.

Nie rób zakupów, gdy jesteś głodny

To bardzo ważna zasada. Niestety głód może wygrać ze zdrowym rozsądkiem i pod wpływem zapachu sku­sisz się na to, co niedozwolone. Szczególnie należy uważać na świeże pieczywo, którego zapach czasem wprost zniewala. A im bardziej jesteś głodny, tym bardziej odczuwasz wszelakie „jedzeniowe” zapachy. Rób więc zakupy wtedy, gdy jesteś najedzony.

Zapoznaj się z półką produktów dozwolonych

Zdecydowanie lepiej jest zrobić to zanim rozpocz­niesz dietę. Wybierz się do sklepu tylko w tym celu. Poświęć trochę czasu na zaznajomienie się z półkami z produktami, które za chwilę staną się Twoimi do­brymi przyjaciółmi.

Możesz na początku czuć się trochę zagubiony, bo wy­bór samych serków i jogurtów jest ogromny. Sprawdź, w którym miejscu w sklepie znajdziesz otręby owsiane czy słodzik, produkty z Twojego „niezbędnika”. Obejrzyj półkę z wędlinami, popatrz na skład produktu (nie za­wsze nazwa koresponduje ze składem, np. parówki z in­dyka mogą w istocie zawierać także mięso wieprzowe).

Kiedy przyjdzie już godzina zero, będziesz doskonale wiedział nie tylko co kupować, ale w jakim konkret­nie miejscu powinieneś tych produktów szukać.

A jak zrobisz już kilka prób smakowych, czyli kupisz parę produktów z tej samej linii, to rewelacja. Bę­dziesz bogatszy o wiedzę na temat tego, co Ci sma­kuje (każdy musi znaleźć swój ulubiony serek) i roz­poczniesz dietę już w pełni profesjonalnie.

Sprawdź, ile kosztują poszczególne produkty z listy dozwolonej

Nie wiem, w jakiej sytuacji finansowej się znajdujesz. I chociaż moim zdaniem dieta proteinowa jest jedną z tańszych, musisz ocenić to sam.

Sprawdź w sklepie, ile kosztują poszczególne rodzaje mięs, zrób sobie listę cen i uwzględnij to w swoim pla­nie tygodniowym. Nie zawsze musisz jeść tatar i steki z polędwicy wołowej: wybieraj to, na co po prostu Cię stać.

Przygotuj wagę łazienkową

Jeśli takowej nie posiadasz, kup ją. Jeśli stoi gdzieś zakurzona, sprawdź, czy działa prawidłowo, czy są sprawne baterie, czy wyświetlają się wszystkie po­trzebne informacje.

Chcesz przecież monitorować swoje sukcesy w odchu­dzaniu i Twoja własna, prywatna waga jest do tego niezbędna. Ważenie się w innych miejscach niż Two­ja łazienka nie jest wskazane. „Obca” waga może być uszkodzona, przekręcona, po prostu zepsuta, a w Two­im wypadku ważna jest dokładność i precyzja. Używanie jednej wagi daje pewność, że zmiany, które widzisz, są prawdziwe.

Waga ma być tylko narzędziem do realizacji Twoje­go planu odchudzania. Jej zadanie to pokazać, na ile plan jest skuteczny, jakie są Twoje postępy. Służy wy­łącznie do analizy.

Ustal dzień pomiaru

Ustal, w jaki dzień tygodnia będziesz się ważył i o ja­kiej porze dnia (zawsze o tej samej, najlepiej rano, na czczo, po wypróżnieniu i bez ubrań), i rób to tylko raz w tygodniu. Żeby nie kusiło codzienne ważenie się, schowaj wagę do szafy.

Używaj dodatkowo miary krawieckiej, aby mierzyć obwód tych samych części ciała. Często jest tak, że sylwetka zaczyna się modelować, a ubytku kilogra­mów jeszcze nie widać.

Cotygodniowe pomiary zapisuj oczywiście w swoim dzienniczku. Takie podejście eliminuje wszystkie niepotrzebne emocje, które pojawiają się w związku z codziennym ważeniem: od euforii po rozczarowa­nie. Chłodnym okiem musisz oceniać swoje postępy, a całą energię kumulować wokół sukcesu, który za­pewniam, nadejdzie w odpowiednim czasie.

Poinformuj najbliższe otoczenie

Wsparcie i zrozumienie najbliższych jest bardzo istotne. Od psychicznych aspektów, takich jak motywowanie, po bardzo trywialne rzeczy, jak podział w gotowaniu czy miejsca w lodówce.

Jeśli jesteś „wolnym strzelcem”

Jeśli sam prowadzisz swoje gospodarstwo, to teore­tycznie masz łatwiej. Gotujesz tylko dla siebie, lodów­kę zaopatrujesz tylko w produkty z listy dozwolonej. Masz całą przestrzeń tylko dla siebie.

Nie masz natomiast codziennego wsparcia od do­mowników i rozliczasz się tak naprawdę sam przed sobą. Twoja wola osiągnięcia sukcesu i zrzucenia zbędnych kilogramów musi być bardzo świadoma.

Dlatego, żeby pomóc sobie, warto wtajemniczyć np. rodziców. Mimo że od dawna z nimi nie miesz­kasz, podtrzymanie na duchu płynące od osób, które cenisz, jest bardzo ważne. Także niedzielne obiady u mamy będą wyglądać inaczej, bo z pewnością do­stosuje swoje menu do tego, co możesz, a czego nie powinieneś jeść.

Zastanów się, z kim chcesz podzielić się tą informa­cją. Chociaż to Ty jesteś głównym aktorem tego spek­taklu, dobrze mieć, jak już się wyjdzie na scenę, sufle­ra, który wesprze w chwilach zwątpienia.

Ostatni punkt, ale bardzo ważny. Świadomość tego, że także inne osoby wiedzą o Twoim wyzwaniu, bę­dzie kolejnym motywatorem, aby w diecie wytrwać. Publiczne przyznanie się do porażki nie należy prze­cież do najłatwiejszych…

Jeśli jesteś częścią gospodarstwa domowego

Czyli po prostu nie mieszkasz sam. Poza wspomina­nymi powyżej aspektami motywującymi i dopingują­cymi, należy zadbać o ważne „technikalia”:

Czy cała rodzina będzie jadła posiłki skompono­wane na podstawie diety proteinowej?

Jeśli masz dzieci, pewnie nie. Jeśli masz drugą poło­wę, która nie wyobraża sobie obiadu bez kotleta scha­bowego, to także raczej nie przewalczysz takiej opcji.

Dlatego porozmawiaj o tym z partnerem. Być może na jakiś czas to on przejmie pałeczkę przygotowania posiłków dla rodziny. Jeśli takie rozwiązanie jest nie­możliwe, to staraj się mimo wszystko gotować jeden posiłek, a do potraw reszty domowników dokładaj: ziemniaki, ryż, surówki czy warzywa.

A co ze wspomnianym wcześniej kotletem schabo­wym? Filet z kurczaka w dobrej panierce (tylko dla niego, Ty jadasz bez) może rozwiązać problem.

Zrób podział miejsca w lodówce

Wydziel półkę tylko na swoje produkty dozwolone. Poinformuj rodzinę, żeby przestrzegała tej zasady i nie podkładała na Twoje miejsce czegoś, czego Ty jeść nie możesz.

Unikaj bycia kuszonym

Poproś, aby jak najrzadziej w Twojej obecności je­dzone były przekąski typu czipsy, batoniki, orzeszki, zgodnie z zasadą: czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Im mniej pokus, tym lepiej. Uprzedź także domowników, aby nie chowali tych produktów po szaf­kach, półkach, do których Ty codziennie zaglądasz.

Dieta proteinowa

Dieta proteinowa” Poli Majkowskiej to bogate kompendium wiedzy, zestawiające najważniejsze informacje ze wszystkich dostępnych na rynku publikacji na ten temat, wraz z doświadczeniem dziesiątek ludzi, którzy poznali odchudzającą moc protein. Bez tracenia czasu i pieniędzy dowiesz się z niej, jak skutecznie przejść przez wszystkie 4 fazy diety proteinowej, a w tym:

  • jak formować cele oraz manifest,
  • jak tworzyć plany jedzenia, jak konstruować posiłki,
  • poznasz zapomnianą sztukę efektywnych zakupów,
  • poznasz techniki unikania pokus,
  • poznasz proste i skuteczne katalizatory odchudzania,
  • odkryjesz, w jaki sposób dorównać wizerunkowi siebie, jaki masz w głowie.

Ale to nie wszystko! Bogato opisane założenia teoretyczne diety proteinowej wzbogacone zostały o specjalny BONUS w postaci zbioru przepisów na dania z drobiu, ryb i serów! Dzięki temu w zaledwie kilka minut samodzielnie przygotujesz obiad, kolację, czy pyszne przekąski do podjadania między głównymi posiłkami – zgadza się! – w tej diecie można, a nawet trzeba podjadać!

Dieta proteinowa

 

ODBIERZ PREZENTY>>>

Chmurka tagów

%d blogerów lubi to: