wejdź na www.przemyslawpufal.pl

Mity o seksie

Wszystkie mity znajdziesz w publikacji Zbigniewa Wojtasińskiego „101 mitów o seksie”>>>

Amerykanie są pruderyjni, Włosi uwodzicielscy, a Francuzi swobodni obyczajowo. Takie jest w zasadzie dość powszechne przekonanie. Ale, ile jest w tym prawdy? Aby to sprawdzić, Amerykanka Pamela Druckerman przemierzyła niemal cały świat, odwiedziła dziesięć krajów na pięciu kontynentach. Prześledziła literaturę naukową, rozmawiała ze specjalistami, a plonem jej studiów i poszukiwań jest książka „Lust in Translation. The Rules of Infidelity from Tokyo to Tennessee”. I już na wstępie popełniła błąd.

  Druckerman doszła do wniosku, że „głównym czynnikiem” zdrady małżeńskiej są mężczyźni. Jej zdaniem, to oni najczęściej decydują się na skok w bok. Bo mężczyźni z natury są niewierni. I na potwierdzenie tej tezy przywołała liczne przykłady. Oto 52-letni Amerykanin Hank pośpiesznie telefonował z lotniska do swej żony i nagrał się na pocztę elektroniczną. Jedyny kłopot polegał na tym, że zwracając się do żony, wymienił imię swej kochanki. Z kolei 47-letni Franck, menedżer francuskiej firmy komputerowej, romansował z koleżanką z biura – najlepszą przyjaciółką swej żony.

  Najczęściej podobno zdradzają mężczyźni w Ameryce Południowej i Środkowej. Ale Latynosi znani są z tego, że lubią się chwalić swymi podbojami, co nie zawsze ma pokrycie w ich faktycznych wyczynach. Zresztą, nie są wyjątkiem. Mężczyźni na ogół wyolbrzymiają liczbę swych romansów, w przeciwieństwie do kobiet, które wolą je ukrywać.

  Przyjęło się, że szczególnie często zdradzają mężczyźni na wysokich stanowiskach, którzy zachowują się jak samce alfa. To akurat prawda. Im mężczyzna ma wyższy status społeczny, tym wykazuje większą skłonność do romansów. Ale nie jest to przywilej wyłącznie płci męskiej. Bo płeć w tym przypadku nie ma aż tak istotnego znaczenia. Dr Joris Lammers, psycholog z uniwersytetu w Tilburg w Holandii, zbadał, że wśród osób robiących karierę zawodową zdrady dopuszczają się zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Głównym „czynnikiem ryzyka” jest w tym przypadku wysokie stanowisko, a nie płeć. Jego zdaniem, im bardziej ktoś pnie się po szczeblach kariery, tym większe jest prawdopodobieństwo, że prędzej, czy później popełni grzech zdrady. Bez względu na to, czy jest to robiący karierę mężczyzna, czy kobieta sukcesu.

  Błędne jest też przekonanie, że w gorącym klimacie ludzie są bardziej rozwiąźli i częściej mają ochotę na seks. W Afryce (na południe od Sahary) jest większa swoboda seksualna, ale dość duża jest ona również na północy Europy, w kraju dość chłodnym, jakim jest Szwecja. Równie swobodnie zachowują się Rosjanie i Rosjanki. Zimny Petersburg został nawet okrzyknięty stolicą zdrady małżeńskiej. Z przeprowadzonych sondaży wynika, że skok w bok zaliczył tam co drugi mężczyzna i co czwarta kobieta (ciekawe, z kim zdradzają swe żony Rosjanie – z turystkami ze Szwecji?).

  Ani klimat, ani słoneczna pogoda nie mają większego wpływu na to, czy mamy ochotę na seks. Polacy wcale nie kochają się częściej wiosną czy latem, jak się powszechnie sądzi. W tych porach roku z pewnością wykazujemy lepsze samopoczucie albo przynajmniej tak się nam wydaje. Bo wbrew pozorom, nie uprawiamy częściej seksu, gdy mocno świeci słońce, lecz przeciwnie, robimy to depresyjną jesienią, gdy dni są pochmurne, zimne i deszczowe.

  Stephen Jay Gould napisał kiedyś, że „najwięcej nieprawdy kryje się w najlepiej poznanych opowieściach, tych przecież nigdy nie weryfikujemy, ani nie podważamy”. Lubimy cokolwiek przyjmować za oczywiste, jeśli tylko inni tak sądzą i wypowiadają się o tym z pełnym przekonaniem. Do takich „prawd oczywistych” należą wszelkie mądrości ludowe, często chętnie powtarzane i bezkrytycznie przyjmowane. Jedną z takich prawd jest pogląd, że „przeciwieństwa się przyciągają”, czyli im ludzie bardziej się od siebie różnią, tym bardziej mają się ku sobie. Czasami faktycznie tak jest, bo różnice w osobowościach mogą być powodem wzajemnej fascynacji, ale zwykle jest odwrotnie. Jeśli chodzi o dobieranie się ludzi w pary, to bardziej oczywista wydaje się być inna mądrość ludowa, mówiąca o tym, że „swój ciągnie do swego”.

  Naukowcy nazywają to „homofilią”, czyli upodobaniem do osób podobnych do siebie. Polega ona na tym, że absolwenci uczelni wybierają zwykle partnerów o podobnym wykształceniu. Osoby asertywne i agresywne, ze skłonnościami do kłótni, wybierają takich partnerów, którzy podobnie reagują i podobnie się zachowują. Są więc „siebie warci”, jak mówi kolejna przypowieść ludowa. Tak jest nie tylko w miłości, ale i w przyjaźni. Wolimy przebywać z osobami o podobnych cechach i poglądach, szczególnie w kwestiach politycznych, bo „podobne przyciąga podobne”. A nie odwrotnie. Według prof. Donna Byrne’a, amerykańskiego psychologa społecznego, im większe podobieństwo postaw, tym większa sympatia między ludźmi. Choć to nie oznacza, że między przyciągającymi się podobieństwami nie ma żadnych różnic.

  Człowiek ma naturalną skłonność do szybkich odpowiedzi i łatwego wyciągania wniosków. Ta umiejętność prawdopodobnie była mu dawniej niezbędna, żeby mógł przetrwać. Ale w życiu społecznym prowadzi niestety na manowce. Trudno nam pozbyć się uprzedzeń i własnych przekonań, poprzez które patrzymy na świat, postrzegając go czasami, jak w krzywym zwierciadle. I nie jesteśmy nawet tego świadomi. W ogóle nie lubimy myśleć. Badania obrazowe mózgu pokazują, że dla naszego umysłu jest to spory wysiłek, więc chętnie przyjmujemy wiele stwierdzeń, jako „prawdy oczywiste”. Lubimy nawet być oszukiwani, także wtedy, gdy podejrzewamy, że chyba coś nie jest zgodne z prawdą. Ale tak jest nam wygodniej, czego najlepszym przykładem są pojawiające się co jakiś czas diety cud.

  To wszystko sprawia, że chętnie karmimy się wszelkimi mitami. Są one pożywką dla naszego umysłu. W starożytności mity (od greckiego mythos) próbowały tłumaczyć zagadnienia dotyczące ludzi, życia i śmierci, dobra i zła, a także zjawiska przyrody. Według Mircea Eliade, rumuńskiego filozofa kultury i religii, mity miały wyjaśniać człowiekowi świat. „American Heritage Dictionary” pisze, że są to jedynie fikcje i półprawdy, zwłaszcza wtedy, gdy stają się one elementem ideologii.

  Wiele mitów dość mocno zakorzeniło się w naszych poglądach dotyczących innych ludzi i relacji międzyludzkich, w tym szczególnie tych, odnoszących się do miłości, związków partnerskich i seksu. Przykładem są choćby Francuzi, znani ze swego swobodnego stosunku do wierności małżeńskiej. „Francja wcale nie okazała się rozwiązłą Sodomą i Gomorą” – pisze Pamela Druckerman. Francuzi okazali się monogamiczni aż do przesady. W sondażach z 2004 r. jedynie 3,8 proc. żonatych mężczyzn i zaledwie 2 proc. zamężnych kobiet przyznało się do zdrady partnera lub partnerki w ostatnich 12 miesiącach. Francuzi okazali się nawet wierniejsi od Amerykanów, i to zarówno podczas narzeczeństwa, jak i w trakcie trwania formalnego związku.

  Z ustaleń Druckerman wynika, że współczesną Sodomą i Gomorą jest Rosja. Sondaże wskazują, że co drugi Rosjanin przynajmniej raz zdradził swą żonę. Ponadto, autorka książki „Lust in Translation. The Rules of Infidelity from Tokyo to Tennessee” twierdzi, że mimo usilnych starań, nie spotkała ani jednego wiernego Rosjanina. Być może Rosjanie nie są aż tak wiarołomni, bo Pamela jest piękną kobietą, a w Rosji była zaledwie kilka tygodni.

  Amerykanie stali się bardziej tolerancyjni, ale nie w kwestii zdrady. W 2004 r. aż 82 proc. badanych w USA osób obojga płci oświadczyło, że nie toleruje skoku w bok (w 1970 r. podobnie wypowiedziało się 70 proc. ankietowanych). W Wielkiej Brytanii 9,3 proc. mężczyzn i 5,1 proc. kobiet przyznało, że dopuściło się zdrady w ostatnim roku. Ale to jeszcze nic w porównaniu z Japonią, gdzie nie ma jednoznacznej definicji zdrady. Nie jest nią na przykład seks w agencjach towarzyskich, bo „skoro za seks się płaci, to o zdradzie nie ma mowy” – wyjaśnił Pameli Druckerman pewien Japończyk. Żon nie za biera się na prywatki. Wywołałoby to takie same zdziwienie, jak przyjście w USA na oficjalnie przyjęcie bez żony. A jak wygląda życie seksualne Polaków? Na pewno zmieniło się w ostatnich 20 latach. Masturbacja przestała być tematem tabu. Nikt już nie twierdzi, że u mężczyzn doprowadza ona do impotencji, zaniku jąder, bezpłodności, owłosienia na dłoniach, a także do słabości i przedwczesnego starzenia się. A ten, dość powszechny pogląd był jeszcze w latach 80. XX w. Kobiety są bardziej zadowolone ze swego życia seksualnego. Jedynie 8 proc. z nich nigdy nie przeżyło orgazmu.

  Obecnie wykazujemy więcej fantazji w sztuce miłości. Pozycja klasyczna nie jest jedyną, jaką znamy. A seks oralny przestał być wstydliwy, szczególnie w dużych aglomeracjach. O ile w 1997 r. uprawiało go 26 proc. zamieszkałych w Warszawie mężczyzn i kobiet, to w 2001 r. – 41 proc., a w 2005 r. – 49 proc. Doszło nawet do tego, że ludzie młodzi przestali uznawać kontakty oralne za seks. Są one bardziej kojarzone z pocałunkami niż ze stosunkami seksualnymi. Stąd też seks oralny często nazywany jest „pocałunkiem na dobranoc”.

  Staliśmy się bardziej tolerancyjni. Przestały być potępiane stosunki przedmałżeńskie – w latach 60. XX w. jako niemoralne oceniało je aż 91 proc. kobiet i 41 proc. mężczyzn. Pogodziły się z nimi nawet osoby głęboko wierzące. Podobnie jest z konkubinatami. Zmienił się też nasz stosunek do pornografii. Zaczęły się nią interesować również kobiety. Raport „Seks w Internecie” prof. Zbigniewa Izdebskiego wykazał, że co piąta kobieta, surfując w sieci, lubi oglądać „miłosne igraszki”. Panie coraz częściej chcą urozmaicać seks pikantnymi scenami z filmów wideo, które w wielu domach znajdują się na półkach z książkami. W badaniach Durexa przyznało się do tego 30 proc. kobiet.

  Nieporozumienie polega jedynie na tym, że kobiety oczekują innych scen niż mężczyźni. Wolą oglądać rozbudowaną fabułę, w której pornografia jest tylko jej częścią. Dla nich najważniejsza jest wyrafinowana erotyka. Zamiast akrobatyczne go seksu z udziałem roznegliżowanych kaskaderów, wolą sceny „gry miłosnej”, w których dominuje atmosfera zmysłowości i czułości. Bo kobiety w sztuce miłosnej są bardzo wymagające, potrzebują czegoś znacznie bardziej wyrafinowanego niż mężczyźni. Panowie nie zawsze to rozumieją. Stąd też powstaje tak wiele „łóżkowych” rozczarowań i nieporozumień.

  Czy można zatem powiedzieć, że Polacy są już całkowicie wyzwoleni seksualnie? Z przeprowadzonego w 2010 r. międzynarodowego sondażu instytutu GFK na zlecenie firmy Bayer Schering Pharma wynika, że kochamy się na potęgę. O ile na początku lat 90. XX w. co czwarta Polka odczuwała nikłe zainteresowanie życiem seksualnym, to obecnie aż 43 proc. pań w wieku 15-49 lat deklaruje, że uprawia seks częściej niż raz w tygodniu, a 11 proc. – raz w tygodniu. Nasze rodaczki wyprzedziły wszystkie Europejki poza Rosjankami, które kochają się najczęściej. Aż 49 proc. z nich zadeklarowało, że uprawia seks częściej niż raz w tygodniu. Polki wyprzedziły w tej kwestii Czeszki, Szwedki, Niemki, a nawet Francuzki. Na naszym kontynencie dorównują im jedynie Greczynki. Daleko w tyle są zarówno Turczynki, jak i Dunki.

  Polacy od kilku lat zadziwiająco dobrze wypadają w sondażach badających zachowania seksualne w różnych regionach świata. W 2009 r. badania przeprowadzone na zlecenie tej samej firmy ujawniły, że 49,5 proc. Polaków współżyje częściej niż raz w tygodniu. To dość dużo, bo takim „wynikiem” nie może się pochwalić nikt inny w Europie. Wyprzedzaliśmy zarówno Niemców (39,4 proc.), Brytyjczyków (39,5 proc.), Austriaków (39,9 proc.), Słowaków (47 proc.), Szwedów (40,4 proc.), Norwegów (40,6 proc.), jak i Duńczyków (38,6 proc.).

  Podobnie wypadł Raport Durexa z 2007 r. Wtedy wszystkich zaskoczyło, że kochamy się aż 143 razy w roku – czterdzieści razy częściej niż wynosi średni wynik na świecie. I znacznie częściej niż przed 10 laty, gdy przeciętny Polak miał zaledwie 91 kontaktów seksualnych rocznie, dużo mniej niż np. Amerykanin (132 stosunki rocznie). Dziś wyprzedzamy niemal wszystkich. Badania sugerują, że lubimy się kochać, nie boimy się eksperymentów w tej dziedzinie i staramy się urozmaicać swe życie seksualne. A jeszcze przed 20 laty byliśmy jedną z najbardziej pruderyjnych i nudnych pod tym względem społeczności w Europie. Ale czy faktycznie staliśmy się najbardziej seksualnie rozbudzonym narodem? Polacy lubią tworzyć mity na swój temat, które nie zawsze mają pokrycie w rzeczywistości. Chętnie zawyżamy swe wyczyny seksualne. Z badań prof. Zbigniewa Izdebskiego wynika, że przeciętnie kochamy się przez 35 minut. Tak przynajmniej podają nadesłane deklaracje. Oczywiście, te 35 minut, to nie tylko sam stosunek. Najdłużej trwają gra wstępna i pieszczoty. Ale długość samego stosunku, średnio 14, 5 minuty, też wydaje się być sporym wyczynem, w każdym razie znacznie większym niż w innych krajach.

  Z bardziej miarodajnych badań, jakie przeprowadzili prof. Eric Corty oraz Jenay Guardiani z Penn State Erie w Pensylwanii, wynika, że zarówno mężczyźni, jak i kobiety na osiągnięcie spełnienia potrzebują 3-13 minut. Badacze doszli do takiego wniosku po rozmowach z 50 psychologami, lekarzami, pracownikami socjalnymi, terapeutami ds. rodziny i małżeństwa, którzy przez wiele lat stykali się z tysiącami pacjentów i pytali ich o życie intymne. Znacznie dłuższe stosunki, czyli takie, jakie deklarują Polacy, są raczej rzadkością. Dla większości osób w różnych regionach świata satysfakcjonujący seks to taki, który trwa jedynie kilka minut, a nie ponad pół godziny. W tych samych badaniach amerykańskich wiele osób przyznało, że „w sam raz” jest stosunek trwający 3-7 minut. Zbyt długi stosunek zajmuje 10-30 minut, a zbyt krótki, to taki, który kończy się przed upływem 2 minut. Ale Polacy, jak widać, dążą do dłuższej satysfakcji.

  Niestety, jesteśmy dobrymi kochankami tylko we własnym mniemaniu. W każdym razie, seksuolodzy tego nie potwierdzają. W łóżku jesteśmy raczej zwykłymi przeciętniakami. Toteż publikowane ostatnio sondaże są trochę mylące. Przeprowadzono je głównie za pośrednictwem Internetu, a raczej wśród internautów. I to oni są najbardziej aktywni seksualnie. Wykazał to raport „Seks Polaków w Internecie”, jaki w 2010 r. opublikował prof. Zbigniew Izdebski. Wynika z niego, że internauci są zadowoleni ze swego życia seksualnego. Jedynie 3,5 proc. badanych ocenia je, jako złe (10 proc., jako raczej złe). Zdecydowana większość potrafi cieszyć się seksem i uprawia go bez większych zahamowań. Nie ma trudności z osiąganiem orgazmu (nie odczuwa go zaledwie 7 proc. kobiet i 4 proc. mężczyzn).

  Ponad połowa twierdzi, że ma kontakty seksualne przynajmniej raz w tygodniu, a jedna trzecia – dwa lub nawet trzy razy w tygodniu. Prawie połowa przyznała się do seksu poza stałym związkiem, a jedna trzecia – do romansów z osobą poznaną w sieci. Urozmaicają swoje życie seksualne, używając żeli, bielizny erotycznej, specjalnych prezerwatyw i wibratorów. I niemal wszyscy się masturbują (95 proc. mężczyzn i 85 proc. kobiet).

  Nadal pokutuje wiele mitów, a stare przesądy są zastępowane nowymi. Prof. Zbigniew Lew-Starowicz ostrzega, że do seksuologów zgłasza się coraz więcej osób uzależnionych od cyberseksu. Aż 65 proc. polskich internautów przynajmniej raz poszukiwało w Internecie doznań erotycznych. W wielu stałych związkach powstają nawet trójkąty, w których tym trzecim jest osoba poznana w sieci. Ale wirtualna rzeczywistość nie zdominowała naszego życia seksualnego. Portale internetowe są wykorzystywane przede wszystkim do zawierania trwałych znajomości, by związać się z kimś na stałe, a nie tylko dla osiągnięcia orgazmu. Choć niemal wszyscy internauci (78 proc. kobiet i 96 proc. mężczyzn) zaglądają na strony pornograficzne, to wirtualny seks nie daje im pełnego zadowolenia. 89 proc. badanych uważa, że jest on mniej satysfakcjonujący niż ten w rzeczywistości. Nie grozi nam zatem, że seks wirtualny zdominuje nasze życie erotyczne.

  Przesadzone są utyskiwania, że nastolatki przechodzą inicjację seksualną coraz wcześniej, jak tylko zaczynają dojrzewać. Badanie przeprowadzone przez GFK na zlecenie firmy Bayer Schering Pharma (Pan European FC Study listopad-grudzień 2009), ujawniło, że średni wiek inicjacji seksualnej kobiet w Polsce to 19 lat, a nie 12 czy 13.

  Większość polskich nastolatków (75 proc.) marzy o wielkiej miłości. Pragną tego nie tylko młode dziewczyny, lecz również dorastający chłopcy, o których mówi się, że tylko „jedno mają w głowie”. Głównym problemem w Polsce nie jest zatem wczesne rozpoczęcie współżycia, lecz brak edukacji seksualnej. Według prof. Zbigniewa Lwa-Starowicza, powinna ona się zacząć już od wieku przedszkolnego, kiedy dzieci ujawniają naturalną ciekawość i zadają pytania. I należy ją kontynuować przez całe życie. Brak edukacji seksualnej sprawia, że wiedzę o seksualności młodzi ludzie czerpią głównie z pornografii. Wynoszą z niej wzorce, które próbują przenieść do własnych zachowań seksualnych. Takie nastolatki – według wolontariuszy „Pontonu” – często nie są w stanie odróżnić rzeczywistości od fikcji. To tak, jakby na poważnie traktować sceny z filmów fantasy z Arnoldem Schwarzeneggerem w roli głównej.

  Edukacja seksualna wcale nie zachęca do wcześniejszej inicjacji. Jest akurat odwrotnie. Z danych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) wynika, że edukacja seksualna, polegająca m.in. na uświadamianiu wszelkich możliwych następstw wczesnego współżycia, może ją przesunąć nawet o dwa lata. Edukacja chroni też przed niechcianą ciążą, a w Polsce to wciąż dość poważny problem. Aż 46 proc. młodych ludzi odbyło stosunek seksualny z nowym partnerem, nie stosując żadnego zabezpieczenia – wykazały w 2010 r. badania Instytutu Badawczego GFK. To najwyższy wynik wśród badanych krajów europejskich (podobnie postępuje ponad 40 proc. w Hiszpanii, Szwecji, Rosji, Norwegii i Słowenii).

  Niepokojące jest tylko, że do kryzysu w związku coraz częściej dochodzi po trzech, a nie jak dotąd sądzono po siedmiu latach wspólnego pożycia. Wskazują na to badania 3 tys. Polaków w wieku 25-40 lat, jakie przeprowadziła Marta Styrc z Zakładu Demografii Instytutu Statystyki i Demografii Szkoły Głównej Handlowej. Wynika z nich, że najtrudniejszy dla małżeństwa okres do przetrwania to trzeci, czwarty i piąty rok po ślubie. Zarówno wcześniej, jak i później rozstania są już mniej prawdopodobne.

  Polacy nie są pod tym względem wyjątkiem. Podobnie wypadł sondaż, jaki w marcu 2011 r. opublikowano w Wielkiej Brytanii wśród 2 tys. osób będących w związkach formalnych i konkubinatach. Aż 67 proc. ankietowanych stwierdziło, że w 36 miesiącu związku sytuacja emocjonalna między partnerami jest najbardziej napięta. Znacznie częściej dochodzi wtedy do konfliktów, a drobne nieporozumienia urastają do poważnych problemów.

  Partnerzy najpierw przestają prawić sobie komplementy. O ile na początku związku mówili sobie słodkie słówka trzy razy w tygodniu, po trzech latach robią to, co najwyżej raz w tygodniu. W następnych latach, jeśli nadal są ze sobą, jest jeszcze gorzej. W czwartym i piątym roku partnerzy niemal całkowicie przestają obsypywać się komplementami. A w kolejnych latach nie wiedzą już, co to są komplementy. Spada też zainteresowanie seksem. Na początku związku 52 proc. zafascynowanych sobą kochanków utrzymywało kontakty seksualne trzy razy w tygodniu, ale po trzech latach z taką samą częstotliwością współżyło ze sobą jedynie 16 proc. partnerów.

  Pierwszym poważnym objawem kryzysu w związku – poza wzajemnymi wymówkami – są krótkie rozstania. Pary najpierw „rozwodzą” się na weekend, a potem osobno spędzają wakacje. Jeśli nic się nie zmieni, po pewnym czasie rozstają się na dobre.

  Brytyjczyków pytano też o to, co w życiu codziennym najbardziej zabija miłość. W ten sposób sporządzono listę 10 najpoważniejszych powodów do konfliktów i nieporozumień. Na pierwszych trzech miejscach wymieniono: otyłość, pieniądze i nienormowany lub zbyt długi czas pracy. Pozostałe przyczyny to: niedostateczna higiena osobista, konflikty w rodzinie, brak romantyczności, nadużywanie alkoholu, chrapanie i niedopasowany do partnera czas snu, niewłaściwa bielizna oraz brak higieny w łazience.

  Polacy, jako przyczynę rozpadu małżeństw, najczęściej podają niedochowanie wierności, niezgodność charakterów, nadużywanie alkoholu przez partnera oraz nieporozumienia finansowe małżonków. Wśród czynników podtrzymujących trwałość małżeństwa Marta Styrc wymienia: stałą pracę małżonków, stabilizację materialną i dobry stan zdrowia. Trwalsze są jedynie małżeństwa zawierane w starszym wieku, kiedy decyzja o ślubie podejmowana jest bez przymusu i z dużą rozwagą. Rzadziej rozwodzą się również partnerzy lepiej wykształceni. Być może, dlatego – twierdzi Marta Styrc – że potrafią oni lepiej dobierać sobie partnerów. Łatwiej też się komunikują, wiedzą, jak radzić sobie z trudnościami i zdają sobie sprawę z konsekwencji rozwodu.

  Głównie rozwodzą się młodsze stażem pary, które przeżyły ze sobą 5-9 lat. Stanowią one prawie jedną czwartą wszystkich rozwodzących się. Nieco rzadziej, ale niemal równie często, rozstają się małżeństwa, które mają za sobą 10-14 lat pożycia. Od wielu lat stanowiły one 20 proc. wszystkich rozwodników. W 2007 r. ich udział się nieco zmniejszył, ale nadal na 100 rozwodzących się par, 17 ma za sobą 10-14 lat stażu małżeńskiego. Jednocześnie stale rośnie liczba rozwodzących się małżeństw z długim, ponad dwudziestoletnim stażem. W ostatnich 10 latach ich odsetek zwiększył się z 14,9 proc. do prawie 25 proc. Skończyły się zatem czasy, gdy pary wieloletnie, po przekroczeniu pewnego progu stażu małżeńskiego, raczej już się nie rozwodziły. Dziś to właśnie one stanowią pokaźną grupę rozwodników.

  Pozew o rozwód najczęściej składają kobiety, a jednym z głównych powodów jest zdrada małżonka. Najczęściej zdradzają mężczyźni po pięćdziesiątce, przeżywający tzw. kryzys wieku średniego. Co trzeci z nich przyznaje się do „skoku w bok”, a co dziesiąty zaliczył go w ostatnim roku. Pięćdziesięciolatkowie szukają często młodszej, bardziej atrakcyjnej partnerki od żony. Sądzą też, że nie mają innego wyboru, bo ich małżonki w menopauzie nie wykazują większych potrzeb seksualnych. Ale to tylko próba usprawiedliwienia swego postępowania, bo badania tego nie potwierdzają. Dla 40 proc. Polek po pięćdziesiątce seks jest równie ważny, jak w latach młodości. Połowa z nich uważa nawet, że nie ma wieku, w którym kontakty seksualne przestają je całkowicie interesować (34 proc. ankietowanych przyznaje, że w przypadku pań taką granicą jest dopiero 61 lat).

  Mężczyźni są dłużej aktywni seksualnie niż kobiety. Wskazuje na to tzw. oczekiwana długość życia seksualnego SALE (sexually active life expectancy), jaką w 2010 r. na łamach „British Medical Journal” zaproponowali dr Stacy Tessler Lindau i Natalia Gavrilova z University of Chicago. Na podstawie badań 3 tys. osób w wieku 57-85 lat doszli do wniosku, że mężczyźni w wieku 55 lat mają przed sobą jeszcze przynajmniej 15 lat aktywności seksualnej. A jeśli dbają o zdrowie i nie cierpią na żadne poważniejsze choroby, mogą do tego doliczyć kolejne 5-7 lat dobrego seksu.

  Mężczyzna ma zatem szansę korzystania z uroków życia seksualnego, co najmniej do 75. roku życia, a czasami nawet dłużej, gdyż w razie kłopotów z erekcją może sięgnąć po viagrę. Kobiety nie mają takiego komfortu. Przewidywana aktywność seksualna 55-latek nie przekracza 11 lat. Gdy cieszą się dobrym zdrowiem, mogą ją jeszcze przedłużyć o kolejne 3-6 lat. A jest wiele starszych pań, które nadal są zainteresowane seksem, ale nie mają już partnerów, z którymi mogłyby go uprawiać. Bo niestety, mężczyźni wciąż wcześniej umierają.

ODBIERZ PREZENTY>>>

Reklamy

Comments on: "Mity o seksie" (1)

  1. Faceci szybko nudzą się swoimi żonami nie kreci ich po raz 500 raz pójście ze swoja żona do łóżka nie ma w tym żadnego zaskoczenia, wie czego może się spodziewać.

Skomentuj artykuł! Dziękuję!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Chmurka tagów

%d blogerów lubi to: